Ilion

Wojna na Marsie, chaos na Ziemi – Dan Simmons – „Ilion” [recenzja]

Ilion Dana Simmonsa to świetny przykład literatury popularnej, która łamie wszelkie schematy i przewartościowuje pojęcie ambitnej fantastyki naukowej. Dawno nie czytałem powieści z tej dziedziny, która byłaby tak dużym wyzwaniem dla moich synaps; nieszablonowe pióro amerykańskiego pisarza wydało na świat monumentalne dzieło, które nie pieści się z czytelnikiem i zrzuca go od razu z dziesiątego piętra. Zderzenie z gruntem boli, ale aż chce się skoczyć jeszcze raz!

Zacznę od propozycji, abyście przeczytali sobie dokładnie opis od wydawcy. Są tam same oczywiste informacje – na Marsie toczy się wojna trojańska pod okiem greckich bogów; wskrzeszony przez nich zostaje Thomas Hockenberry, współczesny nam badacz literatury klasycznej; na Ziemi żyje garstka ludzi, którzy nie znają swojej przeszłości, a z Jowisza przylatują organiczne roboty, aby naprawić bałagan na Czerwonej Planecie. Bez cienia ironii mówię, że jest to idealna zajawka Ilionu: będąc w połowie książki, miałem wrażenie, że wiem o świecie przedstawionym tyle, co z lakonicznego opisu na tylnej stronie okładki. Jeśli oglądając Matrixa, za każdym razem z aprobatą kiwacie głową, gdy pada cytat „niewiedza jest błogosławieństwem”, to chciałbym zobaczyć Wasze miny podczas czytania Ilionu. Ilość znaków zapytania potrafi doprowadzić czytelnika do szału!

W istocie, na Marsie mamy istną powtórkę z rozrywki i Trojanie znowu tłuką się z Grekami o piękną Helenę. Ale na Marsie?! Nic z tego, czytelniku, rozgryź to sam, mówi Dan Simmons. Jakim cudem greccy bogowie istnieją i korzystają z fizyki kwantowej, lub chociaż kim oni naprawdę są? Nic z tego, czytelniku. Co się stało z Ziemią, że żyje na niej niewielka, utrzymywana w ryzach populacja, i kim są ci cholerni postludzie i wojniksy?! Nic z tego… No i, na Zeusa, skąd się wzięły organiczne roboty na Jowiszu, nie mówiąc już o europejskim lądolodzie na tej wielkiej planecie? Wiem, wiem – może kiedyś się dowiem. Te i jeszcze wiele innych pytań będzie Wam niezmiennie krążyć po głowie, a Dan Simmons z uporem maniaka będzie milczał jak grób. Ilion nie ma żadnego konkretnego wprowadzenia, który pozwoliłby wygodnie się umościć w fotelu i poznać jego wersję przyszłości. Właściwa akcja powieści rozpędza się od pierwszej strony, gdy w trójwątkowej narracji poznajemy głównych aktorów powieści – Thomasa Hockenberry’ego, robotów Manhmuta i Orphu, a także żyjących na Ziemi Daemana, Harmana, Adę, Savi i Hannę. Mógłbym teraz uraczyć Was fabularnym wstępem, ale tak po prawdzie nie ma to sensu: próbując w kilku słowach zawęzić ogrom szczegółów świata tu-i-teraz, czułbym się jak idiota, któremu wydaje się, że jest alfą i omegą. Bo ta powieść, mimo przewróconej przeze mnie ostatniej strony, wciąż jest dla mnie wielką zagadką. Niechaj jednak moim usprawiedliwieniem będzie sugestia, że odkrywanie smaczków Ilionu to jedna z najprzyjemniejszych części lektury. Dan Simmons potrafi z perwersyjną przyjemnością uświadamiać czytelnika, że ten ni w ząb nie odnajduje się w jego futurystycznym świecie, ale przynajmniej robi to tak, że każda kolejna strona powieści intryguje.

Twistów fabularnych jest w Ilionie od groma i mogę Was zapewnić, że nie będziecie się spodziewać, co czyha za rogiem. Przy czym dynamika powieści oraz niechęć do dygresji rozciągających niepotrzebnie narrację sprawia, że cały czas coś się dzieje. Powieść Dana Simmonsa to nieustanne fajerwerki, które wywołują efekt zbierania szczęki z podłogi. Tylu pomysłów w jednej książce jeszcze nigdy nie widziałem – bo komu przyszłoby do głowy, aby toczyć wojnę trojańską na Marsie, podczas gdy roboty dyskutują o dziełach Szekspira i Prousta? Dodajcie do tego mrożącą krew w żyłach tajemnicę o funkcjonowaniu życia na Ziemi i tajemniczych postludzi, którzy mieli ową planetę dawno temu opuścić, zmieszajcie to z ciągłym zaskakiwaniem nowymi, zmieniającymi perspektywę wątkami, a otrzymacie powieść, która wgniata w fotel i nie pozwala się od siebie oderwać. Nie przeszkadzają nawet naukowe rozprawy o mechanice kwantowej, które chociaż usypiały moją czujność i pozwoliły mi się znowu poczuć jak przy tablicy na lekcjach fizyki, nie zniechęciły do dalszej lektury Ilionu. Dan Simmons jest zresztą skrzętnym i skrupulatnym pisarzem, więc czasami przytłacza fachową terminologią – zarówno tą z przedmiotów ścisłych, jak i ze znajomości literatury – ale budzi to jedynie tym większy podziw dla autora. Dlatego też nie waham się mówić o Ilionie jako o powieści monumentalnej; ma ona swoje gabaryty, ale przede wszystkim odurza ogromem literackich uniesień i niesamowitej precyzji, przez co nawet przez gardło nie chce przejść sugestia, że jest to powieść napisana na kolanie w trzy tygodnie.

W samej powieści, pomijając zmniejszającą się w żółwim tempie niewiedzę czytelnika, nic nie zgrzyta. Pomijam analizowanie poprawności Ilionu z naukami ścisłymi, bo plótłbym androny; kontemplowanie literatury (i ogólnie kultury) przez bohaterów powieści jest za to niesłychanie pociągające, a przy tym tak odmienne. Opowiadający swoje losy w pierwszej osobie Thomas Hockenberry po dziewięciu latach analizowania homeryckiego eposu na żywo ma już serdecznie dość swojej roboty („mam to w dupie”) i nabiera w narracji charakterystycznego dla przeżartych rutyną sarkazmu. Inteligentne i zadziwiająco ludzkie roboty, Manhmut i Orphu, są zaś miłośnikami ludzkiej kultury, z której upodobali sobie zwłaszcza Szekspira i Prousta. Ich żarliwe dialogi to prawdziwe perełki, nieco rozluźniające gęsty klimat powieści. Za to irytujący swoją głupotą Daeman, wynikającą poniekąd z totalnego odcięcia się ludzkości od swej przeszłości (współczesne nam czasy wspominane są z trwogą jako Zapomniana Era), w znakomity sposób ilustruje naturalny efekt porzucenia wszelkiej kultury i kultywowania pamięci o przeszłości. Dan Simmons świetnie zbalansował Ilion, więc tym bardziej szkoda, że książkę zakończył tak obmierzłym cliffhangerem, gdzie akcja stanęła w newralgicznym punkcie, gdy właśnie zaczęło się dziać najlepsze! I tak teraz moją największą katorgą jest wyczekiwanie na kontynuację (Olimp) z nadzieją, że wiele znaków zapytania zniknie, a zastąpi je czytelnicze spełnienie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem tak silne parcie na złapanie kolejnego tomu powieści i powrót do tak intrygującego i zagadkowego świata. Dan Simmons porwał mnie bez reszty i biada temu, kto będzie próbował mnie powstrzymać przed poznaniem końca tej historii.

Fot.: Wydawnictwo MAG

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.