yakuza

Zgrane Dranie #5: maj 2023

Zapraszamy Was do naszego nowego cyklu „Zgrane Dranie”, w którym będziemy rozmawiać o grach. Raz w miesiącu podzielimy się ze sobą oraz z Wami tytułami, które szczególnie przypadły nam do gustu w ostatnim czasie. Nie będą to zwykłe recenzje, tylko raczej wrażenia graczy z doświadczeń w wirtualnych światach, które ostatnio zwiedziliśmy. Jeśli wyłuskamy z zalewu informacji jakieś intrygujące wydarzenie ze świata gier – na pewno Wam o tym wspomnimy, przy okazji dzieląc się naszymi przemyśleniami na dany temat. W jednej z sekcji pokażemy Wam także wybrane przez nas screeny miesiąca. Czasem będą to jakieś momenty, które nas rozbawiły, czasem takie, które zachwyciły, czasem takie, które uchwyciły wyraźny błąd gry.  Nie przedłużając już jednak tego wstępu, przejdźmy do sedna. 

yakuza

Sekcja I: Omówienie gier

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Wróciłem do uniwersum Danganronpy i znowu zakochałem się w tej konwencji połączenia visual novel z grą przygodową. Druga część ponownie gromadzi szesnaścioro uczniów Hope Peak’s Academy — tym razem na tropikalnej, bezludnej wyspie — aby najwybitniejsza młodzież mordowała się, by odzyskać wolność. Chociaż nie, początek zapowiada zupełnie coś innego: poznajemy uroczego królika imieniem Usami, który ma prowadzić uczniów podczas miłego pobytu na wspaniałej wyspie. Jak się możecie domyślić, coś poszło mocno nie tak i koniec końców powrócił szalony Monokuma, dając uwięzionym uczniom motywy do tego, aby kontynuowali morderstwa. Każda zbrodnia wymaga od nas najpierw przeprowadzenia śledztwa, a następnie bierzemy udział w procesie, podczas którego tak naprawdę dowiadujemy się, co się stało. Nie ukrywam, że niektóre morderstwa wyglądały na przekombinowane i niepotrzebnie skomplikowane, chociaż i tak przy każdym świetnie się bawiłem, odkrywając prawdę. Poza tym jest jeszcze większe śledztwo — czemu w ogóle znaleźli się na tej wyspie, czemu nie pamiętają pobytu w szkole oraz skąd wziął się Monokuma, który został pokonany w części pierwszej? Rozwiązanie tej zagadki było szokujące, fantastycznie poprowadzono główny wątek i przez chwilę nie mogłem uwierzyć, że ta historia miała właśnie takie zakończenie. Jeśli ktoś jest w stanie wytrzymać ogromną ilość dialogów w formie visual novel, to z całego serca polecam serię Danganronpa — nawet jeśli ma irytujące, przeseksualizowane bohaterki, które niekiedy mówią zupełnie niepotrzebne, erotyczne aluzje. Niestety, taki już urok tego typu gier z tego regionu świata. Warto jednak przymknąć na to oko i cieszyć się fajną narracją.

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury – Tołstoja, Steinbecka czy Remarque’a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

Patryku, graliśmy w ostatnim czasie w to samo! W visual novelach bardzo mi brakuje polskiego przekładu, ale w związku z tym, że pierwsza i druga część Danganronpy posiada fanowskiego tłumaczenie w postaci moda na steamie, zadecydowało to tym, że postanowiłem zmierzyć się z pierwszą częścią i… wsiąkłem jak paproch w odkurzaczu. Pierwszą część przeszedłem niemal na raz, zarywając dwa wieczory z rzędu i jeżeli ktoś nie grał, to polecam z całego serca, ponieważ jest to mityczne COŚ INNEGO. Zaraz po jedynce sięgnąłem po drugą część, ale zatrzymałem się na trzecim przekombinowanym morderstwie i postanowiłem nie psuć sobie smaku. 

Maj minął mi na premierach, na które czekałem dość długo, a mowa tutaj o Age of Wonders 4 oraz Darkest Dungeon II. Ten pierwszy wydaje mi się czarnym koniem tego roku, jeśli chodzi o strategie i mam nadzieję, że znajdę chętnych do wspólnej gry w trybie sieciowym tej znakomitej strategii. Jest to już czwarta część miksu Herosów oraz Cywilizacji, już poprzednia futurystyczna część pt. Planetfall była świetna, ale powrót do krain fantasy to jednak był strzał w dziesiątkę. Na największą uwagę zasługuje fakt, że możemy sami sobie zaprojektować własną frakcję, co jest niesamowicie satysfakcjonujące, kiedy wszystko zagra i twój naród z tury na tury obrasta w potęgę. 

Z kolei Darkest Dungeon II jest dla mnie zagadką. Niby gram, niby walka jest równie mięsista, co w pierwowzorze, ale nie jest mi dane spędzić z nią tak długich sesji, jak z jedynką. Posiedzenia dłuższe niż dwie godzinki kończą się dyskomfortem i frustracją, co nie miało miejsca w pierwszej części, choć obrywałem po zadku i traciłem ulubionych bohaterów. Tym razem twórcy pozwalają nam stworzyć drużynę na samym początku i albo uda nam się przejść runa, albo nie (częściej nie) – ale to nie to samo, co zżycie się z trenowanymi bohaterami od zera i bolesna ich strata. Może z tego względu gra mnie nie porwała? Zobaczymy z czasem.

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych „Wielogłos”. Prowadzący cykl „Aktualnie na słuchawkach”. Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.

 

W maju otrzymałem mnóstwo gier do recenzji. Oczywiście wszystko jest względne, więc moje “mnóstwo” będzie dla niektórych zaledwie “kilkoma” produkcjami. W każdym razie piszę ten wstęp poniekąd po to, żeby usprawiedliwić, że rozpocząłem kilka tytułów i żadnego nie ukończyłem. W każdym razie niebawem spodziewajcie się recenzji kilku naprawdę świetnych, niezależnych tytułów. Nie omawiam ich teraz, bo w każdą z tych gier ograłem po 3, 4 godziny. O dziwo w tym recenzenckim zalewie udało mi się znaleźć chwilkę czasu na Last Year, o którym w ostatnich tygodniach zrobiło się głośno za sprawą wielkiego powrotu tego kooperacyjnego survival horroru na platformę Steam oraz przejścia gry na model free to play. Gra garściami czerpie z popularnych slasherów, stawiając na miks humoru i grozy, oferując asymetryczny tryb wieloosobowy. Zabawa polega na tym, że przed dołączeniem do gry wybieramy, czy chcemy być szalonym, potężnym mordercą rodem z koszmarów, czy jednym z kilku nastolatków, którzy próbują wydostać się z przeklętej lokacji. Zaliczyliśmy wspólnie z Mateuszem Norkiem jednego wieczoru krótką sesję, ale, prawdę mówiąc, tytuł kompletnie nas nie porwał. Niestety balans jest fatalny. Nawet przy dobrze współpracujących uczniach nie sposób poradzić sobie ze złolem, a do tego niektóre lokacje są zbugowane – drzwi, których nie da się otworzyć, utknięcie na skrzynce, na którą przed chwilą wskoczyliśmy itp. Gra oferuje oczywiście mnóstwo dodatków kosmetycznych i pewnie w ten sposób twórcy będą chcieli zarabiać, ale będzie o to ciężko, ponieważ gra wróciła niemal miesiąc temu, i średnia dzienna ilość graczy wynosi około 416. W zasadzie wspominam o Last Year dlatego, że czasem chcemy też opowiedzieć o tytułach, które odradzamy. 

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Jeśli chodzi o Last Year, to o ile nie chcę wypowiadać się na temat balansu po zaledwie kilku grach (tym bardziej że nie graliśmy po stronie mordercy), to zgadzam się, że trudno będzie tej grze na rynku free to play, który jest wbrew pozorom strasznie wymagający i przepełniony, a o ile wiem, że niektórzy bardzo lubią tego typu rozgrywkę, to przyciągnięcie graczy na dłuższy czas wymaga sporo pracy i ciągłego dostarczania nowej zawartości. 

Mnie nadal mocno pochłania Caliber, w którym wyszła właśnie całkowicie nowa jednostka brazylijska BOPE. Zastanawiam się więc, jak pogodzić to z nadchodzącą na dniach premierą Diablo. Udało mi się natomiast pograć w maju również w Cult of the Lamb, z którym zresztą wiąże się ciekawa historia. 

Jakiś czas temu, w 2021 roku, wsparłem na Kickstarterze zbiórkę na grę Worship , która również miała opierać się na zarządzaniu wyznawcami i rozszerzaniu swojego kultu. Pomysł od razu mi się spodobał, tym bardziej że po pierwsze nie ma takich gier na rynku, a po drugie dość wyraźnie inspirował się mitologią Lovecrafta. Wszystko to podlane było ciekawą stylistyką, która nie traktowała siebie zbyt poważnie. Gra miała ukazać się rok później, ale niestety twórcy nie dowieźli i w tym momencie Worship w ramach wczesnego dostępu ma pojawić się dopiero pod koniec tego roku. Kiedy ocierałem łzy rozczarowania, usłyszałem o Cult of the Lamb.

Trochę odczekałem i wybrałem doskonały moment, bo pod koniec kwietnia do gry wyszła duża aktualizacja, która dodała dużo ciekawej zawartości do i tak rozbudowanej już gry. No właśnie, pierwsze, co zaskoczyło mnie w Cult of the Lamb, to właśnie naprawdę spora ilość mechanik. A o co tak naprawdę chodzi? Cóż, na początku gry jesteśmy owieczką, która ma być stracona na cześć starszych bogów. Zamiast tego inne bóstwo przywraca nas do życia i każe stworzyć nam kult oraz zgładzić naszych niedoszłych oprawców. Pętla rozgrywki opiera się na tzw. krucjatach (a jakże!), podczas których przemierzamy losowo generowane lokacje, walcząc z przeciwnikami i pozyskując złoto, materiały i, co najważniejsze, nowych wyznawców. Ta część gry jest wyraźnie inspirowana kultowym The Binding of Isaac. Gdy wrócimy z tej krwawej wyprawy, możemy zacząć dbać o swoją osadę. Stawiamy kolejne budynki – kościół, w którym odprawiać możemy przeróżne rytuały i ustanawiać nowe doktryny, przekonując np. naszych wiernych, że dwudniowy post jest bardzo zdrowy dla duszy. Budujemy dla nich domy, by mieli gdzie spać, oraz stanowiska pracy, by pozyskiwali drewno i kamień. Przy ogromnym pomniku na naszą cześć nasi wyznawcy modlą się, odblokowując kolejne budynki. Musimy gotować im jedzenie i sprzątać nieczystości, by w naszej sekcie nie rozprzestrzeniły się choroby. I właśnie ten aspekt zarządzania i budowania okazał się ku mojemu zdziwieniu naprawdę rozbudowany. Opcji jest masa, możemy zarówno nagradzać, jak i karać wyznawców, dawać im prezenty, a jeśli chcemy, poświęcić w czasie rytuału. Możemy czytać w myślach wiernym, wykonywać dla nich zadania, a także żenić się z nimi. Podobnie jak Worship, Cult of the Lamb ma świetny, rysowany styl graficzny,  nasza wierna trzódka składa się z uroczych, kolorowych zwierzątek, jednocześnie natomiast gra pełna jest przerysowanej brutalności, turpizmu i czarnego humoru. Bardzo ciekawe, relaksujące doświadczenie, zresztą przytłaczająco pozytywne recenzje na Steamie mówią same za siebie.

Sekcja II: Screeny

Patryk Wolski: Czy można odmówić takiego zakładu?
Adam Kamiński: Cholerne promocje na Epicu...
Mateusz Cyra: Wiosna rozkwita nie tylko za oknami...
Mateusz Norek: Czym byłby kult bez odprawiania rytuałów?

Sekcja III: Newsy ze świata gier

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych „Wielogłos”. Prowadzący cykl „Aktualnie na słuchawkach”. Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.

 

Stało się to, co część malkontentów przewidziała już jakiś czas temu – po raz kolejny Blizzard pokazał swoim graczom wielki, tłusty środkowy palec. O co chodzi? Nie będzie żadnego trybu fabularnego w Overwatch 2. Coś, co było przecież powodem, dla którego przemianowano Overwatch na Overwatch 2, tak po prostu zostało skasowane. Blizzard obiecywał, chwalił się, prężył muskuły w rzucanych co jakiś czas zapowiedziach, materiałach wideo i rozmowach, że prace trwają, że mnóstwo rzeczy jest w fazie rozwoju i że wspomniany tryb fabularny będzie niezapomnianym przeżyciem, a teraz okazuje się, że było to zwykłe mydlenie oczu. I to mówiąc naprawdę ekstremalnie grzecznie. Jak to ujął ktoś, gdzieś, w jakimś komentarzu w sieci: “Szkoda tylko, że to niszowe i niezależne studio nie miało środków ani ludzi, żeby doprowadzić pomysł do realizacji“.

Blizzard najzwyczajniej w świecie oszukał swoich fanów. Twórcy są na tyle bezczelni, że podali tę informację w zasadzie w formie wzmianki pod koniec streamu, w którym omawiano roadmapę na najbliższe sezony trybu PvP… Mogę to powiedzieć oficjalnie – Blizzard właśnie zarżnął kolejną swoją wielką markę. Dla tej gry nie ma już przyszłości i kwestią czasu jest, jak podzieli losy Heroes of the Storm. Moim zdaniem to więcej niż pewne. Jest mi zwyczajnie przykro, bo ta gra zdominowała ponad sześć lat mojego życia. Oczywiście nie zabraknie ludzi, którzy nadal będą w ten tytuł grać, bo najzwyczajniej w świecie ta gra sprawia masę frajdy, ale odpływ graczy nikogo nie powinien zdziwić  – nie zarzyna się produkcji, która zdobyła tyle nagród i spowodowała taki hype na hero shootery. A w tym momencie jesteśmy po prostu ofiarami Blizzarda, który postanowił wydoić z ludzi maksymalną ilość pieniędzy, przebierając Overwatch 1Overwatch 2, usuwając przy okazji elementy kosmetyczne, które gracze dostawali za samo granie, zamieniając to na jakże popularny battlepass. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Miałem ekstremalnie długą cierpliwość do Blizzarda i w czasach, gdy multum ludzi olało to studio, ja wciąż gdzieś tam naiwnie wierzyłem, tkwiąc w przekonaniu, że ten tryb PvE to będzie coś, dzięki czemu Blizzard podniesie się z kolan. Niestety, nic takiego się nie zapowiada, a ostatnie cztery lata zmarnowano na dodanie jednego nowego trybu gry (usunięto inny, więc wychodzi na zero), zmianę rozgrywki z 6v6 na 5v5 oraz graficzne podrasowanie map i bohaterów. Po drodze kompletnie popsuli matchmaking (mecze, w których jedna drużyna potrafi stłamsić drugą pod ich “bazą” są normą) i na ten moment serio, mam olbrzymią niechęć do tej gry. 

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Trudno mi nie zgodzić się z frustracją Mateusza, zwłaszcza że wspólnie gramy w Overwatcha od wielu lat. Premiera drugiej części była dla mnie chwilą poważnej refleksji nad tym, czy warto zostać przy tej produkcji — system mikropłatności mnie obrzydza, do tego wspomniany przez Mateusza matchmaking nie miał sensu w jedynce i nie ma go również w dwójce. Rezygnacja z dwóch tanków miała zniwelować różnicę i przyspieszyć rozgrywkę, ale okazało się, że i to można popsuć. Anulowanie trybu PvE to gwóźdź do trumny — to, co mogło przynieść ukojenie po niedoskonałym PvP, zarżnięto z premedytacją, ukrywając jednocześnie ten fakt przed graczami (podobno prace wstrzymano już rok temu). Utraciłem już wiarę w to, że w tej grze coś zmieni się na lepsze. Jak na ironię, Blizzard chwilę później zapowiedział BlizzCon, który będzie bardzo ciekawym wydarzeniem pod kątem wściekłości graczy na poczynania dewelopera. Głosy zachęcające do bojkotu są donośne na tyle, że Blizzardowi trudno będzie uniknąć konfrontacji z niezadowolonymi fanami.

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury – Tołstoja, Steinbecka czy Remarque’a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

Ja fanem Overwatcha nie jestem, za to jestem nałogowym zakupoholikiem, jeśli chodzi o gry. Jeżeli jeszcze ktoś nie wie, to na Epicu ruszyła kolejna wyprzedaż, podczas której wszystkie gry kosztujące 59,99zł i więcej rabatują się automatycznie w koszyku o 25%. Moje ciężko zarobione pieniądze wydałem na Anno 1800, które dopracowaniem i klimatem wyrywa z butów i polecam każdemu, bo jest do wyrwania za ~45 złotych. Nie byłbym sobą, gdybym jednak nie wyszperał czegoś jeszcze i do biblioteki wpadła trylogia Mafia Definitive Edition za ~75zł. Nie grałem w klasyczną wersję, ale już zacieram ręce na godziny przygody, jakie czeskie studio mi zaoferuje. 

No i za niecałe dwa tygodnie premiera Diablo IV, folks… Będzie albo wielka feta, albo wielka klapa, tak czy inaczej – będzie ciekawie i mimo całego syfu, który kręci się wokół Blizzarda, Diablo ma szczególne miejsce w moim growym serduszku i muszę to zobaczyć na własne oczy. Po becie jestem dobrej myśli, ale z pewnymi negatywnymi przemyśleniami. 

PS Post nie jest sponsorowany przez Epic Games Store.

yakuza

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury - Tołstoja, Steinbecka czy Remarque'a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *