Is it better to speak or to die? – Luca Guadagnino – “Call me by your name” [recenzja]

Za oknem nieco się ociepliło, jednak myślę, że wszyscy wciąż wypatrujemy na horyzoncie prawdziwej, a nie tylko kalendarzowej wiosny. Wieczory wciąż spędzamy, leżąc pod kocem z kubkiem ciepłej herbaty, powoli budzimy się z zimowego letargu i (jak w moim przypadku) nadrabiamy oscarowe zaległości. Pewnego chłodnego popołudnia miałam niesamowitą przyjemność przenieść się na dwie godziny  do słonecznych Włoch tak, że niemal czułam zapach moreli unoszący się w powietrzu. Przeniosłam się nie tylko w miejscu, ale i w czasie – wszak Call me by your name to podróż do uwielbianych przeze mnie lat 80., a bohaterowie wykreowani przez reżysera Lucę Guadagniniego idą o krok dalej. Bezceremonialnie wykorzystując sztukę, w rytm barokowych dźwięków Bacha, dochodzą aż do mistrza Fidiasza, ukazując harmonię człowieka antyku. To wszystko w pięknej scenerii południowej Italii jest jedynie tłem dla głównego bohatera melodramatu – miłości, i to nie byle jakiej, bo pierwszej i zakazanej.

Przyznam szczerze, że patrząc na okrojone opisy fabuły Call me by your name, nie spodziewałam się po tym filmie niczego dobrego – ot, kolejna tendencyjna produkcja, mająca rozbić bank na równie tendencyjnej oscarowej gali. Ostatnio całkiem modne stało się powielanie utartych schematów tylko dlatego, że idealnie wpisują się w gust akademii, i byłam przekonana, że dokładnie tą drogą poszedł włoski reżyser. Myślałam, że twórcy filmu za punkt honoru postawił sobie pokazanie, jak bardzo tolerancyjne jest Hollywood… a raczej stworzenie okazji do udowodnienia tego przez przyznanie odpowiedniej, to znaczy poprawnej politycznie, statuetki (patrz nagroda dla The Shape of Water). Nawet trudno wyrazić, jak bardzo się myliłam! Zaczęłabym więc od tego, że film ten, choć opowiada o miłości homoseksualnej, robi to z właściwym wdziękiem. Co to znaczy? Nie wpycha widzom na siłę protolerancyjnych haseł, tylko traktuję tę miłość tak, jak należy – jak każdą inną, powiedziałby ktoś, o zgrozo, “normalną”. 

Fabuła, jak już wspomniałam, jest dość banalna – w willi mocno inspirowanej kulturą antyczną gdzieś na południu Włoch mieszka inteligencka rodzina, w której na porządku dziennym jest posługiwanie się biegle czterema językami i tłumaczenie na żywo wierszy z niemieckiego na francuski. Głową tejże rodziny jest związany ze wspomnianym i przewijającym się na przestrzeni całego filmu antykiem, profesor Perlman, którego w wakacje odwiedzają jego doktoranci. Pewnego dnia tak spokojne, że aż sielankowe, życie młodego syna profesora, Elio, zakłóca przybycie jednego z nich – Oliver, widocznie starszy od młodzieńca, jest, jak to zwykle bywa, nieprzyzwoicie przystojny, w sposób, w jaki potrafili być przystojni mężczyźni w latach 80. Trzymając się tematyki starogreckiej, można powiedzieć, że przywodzi na myśl Adonisa czy harmonijne pomniki Fidiasza. Nie jest to jednak jego jedyna zaleta – niezwykle błyskotliwy, a jednocześnie arogancki doktorant, pojawia się i mówiąc kolokwialnie, kradnie całą uwagę widza swoim intrygującym i nonszalanckim sposobem bycia. No i tu w zasadzie cała typowość fabuły się kończy.

Są historie, o których wszyscy wiedzą, jak się potoczą; mało tego – od początku znają cały ich przebieg i są w stanie przewidzieć, że szczęśliwego zakończenia tu nie będzie, a przynajmniej być nie powinno. Dokładnie tak jest w przypadku romansu Elio i Olivera, który jest osią fabularną Call me by your name. Kiełkującą powoli relację poznajemy bardzo dokładnie, towarzyszymy bohaterom, widząc każdy ukryty gest, świadczący o skrywanym pod pozorem obojętności i niechęci uczuciu. Gesty te, przez to, że nieśmiałe i niedozwolone, są jednocześnie przepełnione sensualnością, właściwą dla początków każdej emocjonującej relacji – takiej z gatunku tych, które choć wakacyjne i bardzo krótkie, nie dają o sobie łatwo zapomnieć i mają znaczenie, bo poza oczywistą i być może bezmyślną namiętnością, niosą za sobą naukę. I tu dochodzimy do kolejnego głównego, obok samej miłości, bohatera tej produkcji – dojrzewania. Luca Guadagnino stworzył świetny portret dorastającego chłopca, który najprościej mówiąc, poszukuje swojej drogi – metodą prób i błędów dochodzi do tego, kim naprawdę jest. Dokładnie przy tym wątku pojawiają się wątpliwości moralne, nie pierwszy i nie ostatni raz w tym filmie. Jakby sama różnica wieku między dwójką bohaterów nie wystarczyła do zniesmaczenia zwolenników karania tego typu mezaliansów, Elio, mówiąc kolokwialnie, naprawdę chce samego siebie przekonać, że Oliver go nie interesuje i wybrał ku temu najprostszą drogę – kobietę. Zakochana w Elio Marzia wbrew pozorom wcale nie należy do naiwnych dziewczyn, które biegają za facetem dlatego, że ten ma ładną twarz… Zresztą, młody artysta ma do zaoferowania zdecydowanie więcej niż sam swój wygląd. Rzecz w tym, że Włoszka, choć nie ma ku temu wielu szans, gdy się już odezwie, jawi się jako osoba bardzo inteligentna. Dlaczego wspominam o niej, a nie o “ukochanej” Olivera, której imienia nawet nie pamiętam? Otóż jej postać symbolizuje brak społecznej akceptacji dla zachowań w pewien sposób odbiegających od normy. W jednym ze świetnie rozpisanych dialogów (których było naprawdę sporo), Marzia daje się poznać jako osoba oczytana, a jednak wstydząca się swojej świadomości – tłumaczy Elio, że ludzie boją się osób, które czytają; nie wiedzą, czego mają się po nich spodziewać. I tak płynnie przechodzimy do pierwszego technicznego aspektu Call me by your name, który chciałabym omówić: symboliki.

Produkcja Luki Guadagniniego to jeden wielki symbol, zaczynając już od samego tytułu, który wiąże się z jedną z najlepszych scen tego filmu. Stąd zresztą wynika mój bunt wymierzony w beznadziejne polskie tłumaczenie tytułu (Tamte dni, tamte noce… Serio?). Są metafory, które bardzo łatwo wychwycić: wspomniane nawiązanie cielesności Olivera do ludzi antyku czy też morela, będąca w tym przypadku całkiem oczywistym symbolem zakazanego owocu i grzechu. Są jednak rzeczy naprawdę drobne, przy okazji których twórcy filmu wykazali się ogromną wiedzą i wrażliwością. Przychodzi mi tu na myśl scena, w której Elio i Oliver podchodzą do starszej pani, aby zapytać ją o szklankę wody, a gdy kobieta wchodzi do domu, starszy z mężczyzn zauważa przy drzwiach wiszący na ścianie portret Duce. Oczywiście, można ten fragment filmu potraktować dosłownie, jednak w moim przekonaniu niesie on za sobą bardzo dużo treści, znalezionej między słowami: obraz z faszystowskim autorytetem, będącym ucieleśnieniem braku tolerancji, zauważył nie kto inny, jak właśnie Oliver – mężczyzna, którego seksualność nie była akceptowana w żydowskiej małomiasteczkowej społeczności. Jego zainteresowanie wizerunkiem Mussoliniego zbył z kolei Elio – pochodzący z inteligenckiej, otwartej, a nawet liberalnej rodziny, w której, jak się później okazało, jego związek był akceptowany. Twórcy filmu pokazali więc w jednej scenie trzy postawy: pod postacią portretu Duce domniemany brak akceptacji społecznej związku Elio i Olivera, przejęcie tym faktem starszego i beztroskę młodszego z nich.

Śmiem twierdzić, że nawet przy zostawieniu tak świetnie zaadaptowanych z książki dialogów czy wspomnianych scen, sukces filmu nie miałby miejsca, gdyby nie momentami fenomenalne aktorstwo. Na pierwszy plan oczywiście wysuwają się Armie Hammer i Timothée Chalamet, którzy obaj świetnie wcielili się w role nieszczęśliwych kochanków, jednak muszę przyznać, że moje serce w głównej mierze skradł młodszy z nich. Ostatnia scena filmu to prawdziwy popis możliwości nominowanego do Oscara Chalameta, dla którego warto zostać w kinie czy nie wyłączać laptopa do ostatniej sekundy produkcji. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na osobę często pomijaną w recenzjach, a więc Michaela Stuhlbarga, który wcielił się w rolę ojca Elio i zrobił to niesamowicie dobrze. Trzymany na drugim planie profesor Perlman, już w samej końcówce filmu wygłasza niesamowity monolog, w który Stuhlbarg wczuwa się w stu, a nawet dwustu procentach.

Świetnie zaadaptowana z powieści fabuła podbudowana dobrą grą aktorską jest na dodatek bardzo smacznie opakowana pięknymi zdjęciami Italii (choć w moim przekonaniu nie pobiły one włoskich ujęć z Utalentowanego pana Ripleya). Do tego wszystkiego dodać należy fenomenalny soundtrack oparty na dwóch utworach Sufjana Stevensa, w którym jestem zakochana do tego stopnia, że wylądował na liście moich ulubieńców lutego. Cała strona techniczna filmu jest zrealizowana na wysokim poziomie i stała się czymś więcej niż jedynie sposobem na przekazanie w gruncie rzeczy uniwersalnej i bardzo sensualnej historii miłosnej. Jestem świadoma tego, że znajdzie się grono osób, które ocenią ten film zupełnie inaczej niż ja i nie widzę w tym nic złego – Guadagnino uderza w pewne tony skierowane do ludzi o konkretnej wrażliwości, którą nie wszyscy muszą posiadać. Wszak sztuka bez interpretacji osób trzecich i wywoływanych, często skrajnych, emocji ze sztuką nie miałaby nic wspólnego.

Choć w życiu nie spodziewałabym się, że to kiedyś napiszę, to tak; spodobała mi się produkcja, w której jeden z bohaterów masturbuje się morelą. Mało tego, uważam ją za naprawdę piękną, choć oczywiście na braku najbardziej kontrowersyjnej sceny Call me by your name dużo by nie stracił. Naprawdę chciałabym napisać o czymś, co przeszkadzało mi w odbiorze filmu; że historia zbyt płytka, że zdjęcia nie takie, a aktorzy to już w ogóle beznadziejni, ale nie mogę. Ekranizacja powieści wyszła Guadagniniemu naprawdę dobrze – kontrastowe zestawienie sielankowości, spokoju i pewnego rodzaju dostojności z namiętnością, wyczuwalną między dwójką bohaterów, sprawia, że choć obraz włoskiego reżysera opowiada o cielesnej fascynacji, w żadnym stopniu nie jest obskurny, a zwyczajnie piękny. Jest jeszcze ogrom rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić, jednak prawda jest taka, że o tej historii nie da się opowiedzieć – ją trzeba przeżyć, by móc samemu ocenić.

Fot.: United International Pictures 

Ocena: 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *