Panie barman, lej burbona! – Anonim – „Oko księżyca” [recenzja]

Ta książka w większości jest zupełnie bez sensu. Gramatyka i ortografia są wręcz koszmarne, natomiast autor to niewątpliwie idiota, co być może tłumaczy, dlaczego nie podpisał się pod tekstem. To słowa jednego z detektywów rozpracowujących tajemniczą Księgę bez tytułu, anonimowego autora. Tak się też jakoś złożyło, że Księga bez tytułu to zarazem tytuł pierwszej powieści z cyklu o Bourbon Kidzie, najbardziej bezlitosnym i psychopatycznym seryjnym mordercy jakiego widział świat; książka, jak nie trudno się domyślić również nie jest podpisana z imienia i nazwiska. I rzeczywiście, nie jest to literatura najwyższych lotów i nie może być jej chyba dalej do stania na jednej półce z Nabokovem czy Steinbeckem, jednak autor, o którym krążą już legendy (nikt nie wie, jak się nazywa oraz jak wygląda, co więcej – wieść niesie, że nie zgłosił się nawet po kilkumilionowe honorarium za swe powieści, co akurat można włożyć między bajki), wie co robi i dobrze się bawi, pisząc jak chce i co chce, jednak – wbrew pozorom – nie bez ładu i składu. Ci którzy przeżyli zetknięcie z Księgą bez tytułu (choć napis na okładce pierwszej części głosi, że nie ma na to szans), a nie chwaląc się, powiem, że jestem jednym z tych szczęśliwców, mogą sięgnąć po kolejną część – Oko księżyca. Kontynuacja Księgi, to prawie że jej kalka (choć nie do końca), nie przeszkadza to jednak cieszyć się tą specyficzną lekturą, która, z góry uprzedzam – nie jest dla każdego.

Mija dokładnie rok od rozpierduchy, jaką Bourbon Kid urządził w Tapioce – barze dla największych szumowin małego prowincjonalnego miasteczka Santa Mondega, leżącego… w zasadzie nie wiadomo gdzie. Wiadomo natomiast, że we wspomnianym miasteczku (jak i barze) roi się od wampirów, wilkołaków i wszelakiego rodzaju dziwnych stworzeń i to właśnie setki tych gagatków w pewną halloweenową noc zmasakrował tajemniczy mściciel w kapturze. Żeby jednak była jasność – przez Santa Mondega nie przewijają się same wampiry i wilkołaki -co to, to nie; znajdzie się tu również niejeden agent specjalny FBI, mnich z oddalonej o setki kilometrów wyspy czy spoczywająca przez tysiące lat w sarkofagu mumia. No, ale do rzeczy… Oko księżyca na dobrą sprawę rozpoczyna się przedstawieniem wydarzeń, jakie miały miejsce osiemnaście lat przed tym, co mogliśmy przeczytać w Księdze bez tytułu. Będzie tu między innymi szkolny halloweenowy bal, najdziwniejsza msza jaką można sobie wyobrazić, a także początek. Początek szaleństwa Bourbon Kida. I w tym momencie przeskakujemy znów do „teraźniejszości”, czyli tego co dzieje się w najbardziej skorumpowanej i zdeprawowanej mieścinie w naszym układzie słonecznym. Rubasznemu baranowi Sanchezowi udało się już ogarnąć Tapiocę, pojawili się nowi detektywi, rapujące wilkołaki, a także Król Ciemności, którego głównym celem jest zdobycie Oka księżyca. No, ale właśnie, czymże to całe Oko jest? Tym, którzy nie zaznajomili się z pierwszą odsłoną serii, spieszę z wyjaśnieniem – Oko księżyca to mityczny kamień, którego posiadacz staje się nieśmiertelny, jak również zyskuje zdolności pozwalające – tak wiem, banalne – zawładnąć światem, jedynym minusem posiadania klejnotu jest to, że przyciąga on do siebie wszelakie mroczne kreatury. Tym, którzy nie czytali Księgi bez tytułu, nie będę zdradzał na czyjej szyi „na chwilę obecną” znajduje się Oko. Tak czy inaczej, wróciliśmy na stare śmieci, a godzina duchów (podczas której kamień zyskuje jeszcze większą moc) zbliża się wielkimi krokami.

Jak napisałem we wstępie – nie jest to lektura dla każdego. Dlaczego? Powody są co najmniej dwa. Pierwszym, najbardziej rzucającym się w oczy, jest wulgarny język, powiedziałbym nawet, że bardzo wulgarny bo chyba nie ma w omawianej powieści strony, na której nie znalazłoby się choćby jedno przekleństwo. Słowa takie jak „kurwa”, „wypierdalaj”czy „chuj” są tu na porządku dziennym i z jednej strony może to odstraszać potencjalnego czytelnika, z drugiej jednak, dodaje to książce specyficznego klimatu, który – wierzcie na słowo – podnosi poziom lektury, zresztą potwierdzi to chyba każdy, kto z dziełami Anonima miał do czynienia. Drugą kwestią jest styl; nie każdemu przypadnie do gustu cysterna krwi wylewająca się z kartek Oka…, nie każdy będzie zachwycony wampirami i wilkołakami czy mnóstwem (mnóstwem!) nawiązań do popkultury. Jednak wszyscy ci, którym Księga bez tytułu się spodobała, powinni i tym razem, pomimo powtarzalności, bawić się wspólnie z autorem. Fakt, że mamy tu do czynienia z tym samym schematem co w pierwszej części, mamy dobrze znanych już bohaterów, a tych, którzy gryzą już piach, zastępują inni, podobni. Nie jest to jednak kalka, kropka w kropkę, bowiem – co najistotniejsze – dowiadujemy się więcej o Kidzie, o tym co sprawiło, że facet w kapturze potrafi wejść do lokalu (czy na komisariat policji) i zrobić rzeź w pełnym tego słowa znaczeniu. Kid nadal zabija, nadal nie ma litości, jednak poznajemy również jego bardziej ludzką stronę, ba – przepraszam za spoiler – dowiadujemy się nawet jak się nazywa ;). Tak, tak, gość, któremu po szklaneczce bourbona, cytując dosłownie odpierdala, też ma imię i… serce.

Oko księżyca to powieść zdecydowanie bardziej brutalna niż jej poprzedniczka, skierowana do pewnej ograniczonej grupy czytelników, jest też trochę nierówna, gdyż początkowe rozdziały nie porywają. To jednak rekompensuje zakończenie, które dosłownie wbija w fotel! Ostatnie pięćdziesiąt stron w zasadzie czyta się samo i to z nieukrywanym zachwytem i przy przyspieszonym tętnie! Festiwal przekleństw, morze krwi i spływających po ścianie bebechów, a wszystko okraszone bezczelnym czarnym humorem. Brzmi słabo? Może i tak, ja jednak jestem zadowolony i z chęcią zapoznam się z kolejną częścią przygód zabójcy w kapturze. Panie barman, lej pan, lej pan, lej pan tego burbona!!!

Fot:. Świat Książki

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.