Plotkując o wielkich kłamstewkach – Carlos Montero, Darío Madrona – “Szkoła dla elity” [recenzja]

szkoła dla elity

Każdemu z nas zdarza się taki dzień, że ma po prostu ochotę włączyć jakiś serial i nie myśląc zbyt wiele, nie zastanawiając się nad istotą rzeczy, nie zamartwiając się – po prostu obejrzeć coś wciągającego, ale i na swój sposób niezbyt angażującego. I właśnie kiedy jeden z takich dni mnie dopadł, szukając czegoś ciekawego w ofercie Netlixa, przewijając się przez masę już obejrzanych przeze mnie tytułów, czekających na kolejny sezon lub takich, które porzuciłam w połowie lub po jednym odcinku, trafiłam na hiszpańską produkcję Szkoła dla elity. Tak, wiem – tytuł nie brzmi zbyt dobrze. Jednak, jako że nie ocenia się książki po okładce, po zerknięciu na całkiem obiecujący zwiastun, stwierdziłam, że dam serialowi szansę. Osiem odcinków, w których skrywa się fabuła pierwszego sezonu, zleciało mi całkiem szybko i choć nie jest to obraz pozbawiony wad, nie mam poczucia, że zmarnowałam przy nim czas. Nie jest to co prawda serial ambitny, innowacyjny czy emocjonalnie bądź psychicznie frapujący, poza tym opowiada o nastolatkach, ale nadal dzieli go więcej niż kilka kroków od wpisania na listę moich “guilty pleasure”.

Szkoła dla elity opowiada o perypetiach nastolatków uczęszczających do – jak sam tytuł wskazuje – elitarnej szkoły, którą w głównej mierze zapełniają dzieci bogatych i wpływowych rodziców. Kiedy jednak rozpoczynamy przygodę z serialem, dochodzi do pewnego bezprecedensowego wydarzenia, które okaże się punktem zwrotnym w życiu wielu z bohaterów. W jednej z tych “zwykłych”, biedniejszych szkół wydarza się tragedia; nie dajcie się jednak zwieść internetowym opisom, które wspominają o “trzęsieniu ziemi” – nic bardziej mylnego. Jedna z hiszpańskich szkół owszem, zawala się, ale nie wskutek działania żywiołu, a po prostu człowieka. Konkretniej chodzi natomiast o firmę budowlaną, która dopuściła się pewnych zaniedbań. Dla dobrego PR-u firma decyduje się ufundować stypendium w najlepszej z hiszpańskich szkół dla trzech uczniów, którzy w wyniku zawalenia ich szkoły nie tylko stracili miejsce do nauki, ale również ucierpieli fizycznie (w niezagrażający ich życiu sposób – jakieś siniaki i zwichnięcia, nic ponadto). W ten sposób wyizolowanych zostaje troje ważniejszych bohaterów – Samuel, Nadia i Christian. Otrzymują oni niespodziewaną szansę od losu, aby uczyć się w jednej z najlepszych szkół w Hiszpanii, Las Encinas, która najlepszym swoim uczniom umożliwia w przyszłości staranie się o miejsce w jednej z uczelni z Ligi Bluszczowej. Jednak ze wspomnianej trójki jedynie Nadia, wychowywana w surowej, trzymającej się zasad muzułmańskiej rodzinie, będzie pragnęła zostać najlepszą uczennicą i zapragnie walczyć o to wyróżnienie. Na koniec roku, najlepszy uczeń otrzyma natomiast statuetkę, która póki co stoi na korytarzu – w założeniu po to, by motywować młodzież. Zarówno Samuel, jak i Christian będą mieli jednak na głowie poważniejsze problemy. Samuel oprócz uczenia się, pracuje również w restauracji, by pomóc matce w utrzymaniu; będzie musiał także zmagać się z problemami, jakie przyciągnie ze sobą jego brat Nano, który w pierwszym odcinku wychodzi z więzienia. Christian z kolei ani myśli poświęcać czas na naukę – jego celem jest poznanie dzięki stypendium w Las Encinas jak najwięcej sławnych i bogatych ludzi, którzy pozwolą mu w jakiś sposób odmienić swoje życie; w planach ma również podrywanie pięknych, bogatych nastolatek.

Choć romansów wszelakich, flirtów, a także mniejszych i większych dramatów (jak to wśród nastolatków – zwłaszcza bogatych) nie zabraknie, to tym, co najbardziej do Szkoły dla elity mnie przyciągnęło, był wątek kryminalny. Już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że w szkole została popełniona zbrodnia i że najprawdopodobniej narzędziem tej zbrodni była owa upragniona przez wielu statuetka. Do końca pierwszego odcinka nie wiemy jednak, kto zginął, natomiast aż do ostatniego epizodu możemy się jedynie domyślać, kto zabił i jaki miał motyw. Podoba mi się forma, w jakiej cała ta historia została przedstawiona. Wszystkie bowiem te szkolne dramaty dzieją się w przeszłości, natomiast to, co ma miejsce tu i teraz, to przesłuchania śledczych po odkryciu zwłok jednego z uczniów na terenie szkolnego basenu. Pojawiają się one w każdym odcinku, lecz jest ich stosunkowo niewiele – akurat tyle jednak, by dozować informacje i podsycać w widzu ciekawość, a także rosnące wątpliwości co do potencjalnych podejrzanych. A wątpliwości te narastać będą niejednokrotnie, ponieważ – co uważam za spory plus produkcji – w Szkole dla elity na szczęście nie ma miejsca dla jednowymiarowych bohaterów. Podczas seansu widzowi zdarzy się zmienić całkowicie zdanie o jakiejś postaci lub chociaż spojrzeć na nią odrobinę przychylniejszym okiem. Albo wręcz przeciwnie – nabrać dystansu do bohatera, który wydawał się sympatyczny. Każdy ma coś za uszami, bo każdy z głównych bohaterów to bądź co bądź w głównej mierze zagubiony nastolatek. I choć większość z nich żyje w luksusie, nie musi martwić się o swoją przyszłość i wydawać by się mogło, że w związku z tym nie ma problemów – niczym nie różnią się oni od milionów nastolatków na całym świecie, dla których okres dojrzewania i szukania własnych poglądów, tworzenia siebie w świecie, to najcięższa walka.

W Internecie można natknąć się na opinie, że Szkoła dla elity to trochę taki miks Plotkary Wielkimi kłamstewkami. I choćbyśmy bronili się przed tym porównaniem rękami i nogami – patrząc trzeźwo na serial, nie można odmówić mu racji. Z produkcją, w której Blake Lively i Leighton Meester wiodły prym, łączą hiszpańskojęzyczne dzieło przede wszystkim pewne powtarzalne motywy, które aż proszą się o porównanie. W obu serialach mamy bogatą młodzież skonfrontowaną z tak zwaną klasą robotniczą i wynikające z tego konflikty; w obu przypadkach na głównego bohatera wyrasta odludek, który zakochuje się w dziewczynie z wyższych sfer. Dan i Samuel są zresztą na pewnym etapie do siebie podobni – obaj to samotnicy, którzy zdają się wiernie trzymać swoich zasad, swojego moralnego kodeksu. A rzeczywistość i tak go przecież zweryfikuje… Również motyw z ojcem Mariny i Guzmana przypomina w pewnym momencie historię Nate’a Archibalda i jego rodzica. PlotkaręSzkołę dla elity łączy oczywiście sam motyw tytułowej szkoły – to ona jest jednym z bohaterów, bo to w niej rozgrywa się większość wydarzeń. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że hiszpańska produkcja to dzieło zarówno odważniejsze w pokazywaniu chociażby scen erotycznych czy ogólnie nagości na ekranie, ale też serial, który porusza w sposób o wiele bardziej dosłowny niewygodne tematy, takie jak homoseksualizm, HIV, nastoletnie ciąże, trudy życia wedle innego wyznania niż rówieśnicy, presja zaspokojenia nadziei, jakie pokładają w nas rodzice… Te wszystkie tematy, nawet jeśli pojawiły się w Plotkarze, były przełamywane jednak bardziej komediowym wydźwiękiem serialu. Szkoła dla elity – nie tylko przez motyw zbrodni – jest serialem mroczniejszym, a problemy nie rozwiewają się z odcinka na odcinek – wydają się bardziej realne, bliższe zwykłemu człowiekowi.

Wielkimi kłamstwekami omawiane tu dzieło łączy natomiast jedynie forma przedstawienia wydarzeń, które doprowadziły do tragedii. Przesłuchania, które w rzeczywistości są przecież czasem teraźniejszym, przeplatane są długimi retrospekcjami, które mimo że należą do przeszłości, stanowią główną oś fabularną. “Tylko” forma i “aż” forma – chciałoby się powiedzieć, bo schemat przedstawienia historii jest tak podobny, że ktoś, kto widział obie produkcje, nie będzie mógł pozostać ślepy na tę analogię. Nie uważam jednak tego za minus serialu. Nie mnie oceniać, czy taka forma jest oryginalna, czy znana już filmografii na tyle, by nie wykłócać się o to, kto komu wykradł pomysł. Faktem jest natomiast, że zrobiło to dla produkcji wiele dobrego  – przede wszystkim trzymało widza w napięciu, co podkręcały jeszcze jasne, żywe kolory scen z przeszłości, skontrastowane z ciemnymi, wilgotnymi i dusznymi ujęciami z przesłuchań.

Pod względem aktorskim serial wypada całkiem nieźle. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że dla wielu młodych aktorów Szkoła dla elity była debiutem. Kilku z nich jednak z kolei kojarzyć mogą fani innej hiszpańskojęzycznej produkcji – świetnie ocenianego Domu z papieru. Aktorzy, którzy wystąpili w obu serialach, to kolejno: María Pedraza (Marina/ Alison Parker), Jaime Lorente (Nano/ Denver) i Miguel Herrán (Christian/ Río). Jeśli kogoś pominęłam, to dlatego, że nie widziałam do tej pory Domu z papieru. Najsłabszym ogniwem jest niestety jednocześnie główny bohater (choć obok niego kilka postaci wyrasta na równie ważne), Samuel, grany przez Itzana Esamillę. Niestety jego debiut aktorski wypada kiepsko i można jedynie łudzić się, że to brak doświadczenia, a nie talentu, i że w drugim sezonie (który został już potwierdzony) chłopak sprawi się choć odrobinę lepiej. Pozostali jednak zagrali w moim odczuciu przyzwoicie, a najbardziej wyróżnić chciałabym Miguela Herrána, który wykreował ciekawą, żywiołową postać wprowadzającą do kolejnych odcinków powiew świeżości, oraz Miguela Bernardeu (Guzman), którego postać ewoluuje w serialu, a metamorfoza ta jest podana widzowi w bardzo smaczny i wiarygodny sposób.

Szkoła dla elity nie jest produkcją, którą będziemy polecać znajomym jako serial przełomowy lub taki, który “koniecznie” trzeba zobaczyć. Ale myślę, że jeśli komuś nie będzie przeszkadzało to, że jest on hiszpańskojęzyczny, a także kiepskie aktorstwo jednego z debiutantów, i przede wszystkim, jeśli ktoś lubi seriale dziejące się w środowisku nastolatków, licealistów i szkolnej rzeczywistości – powinien dać się tej produkcji wciągnąć. Podkreślę jeszcze raz, że choć sama historia jest dość szablonowa i nie ustrzegła się przed wieloma schematami i kalkami, które widzieliśmy już nie raz, to broni się dość odważnymi jak na serial o nastolatkach senami, a także mrocznym klimatem (którego nie tworzą wyłącznie maski i czarne rękawiczki niewidzialnego sprawcy, jak to miało miejsce w Słodkich kłamstewkach) i powagą tematów, jakie zostają w serialu poruszone.

Jak natomiast oceniam finał? Nie powiem, że od początku wiedziałam, kto zabił, bo musiałabym skłamać. Prawda jest taka, że moje typy zmieniały się z odcinka na odcinek, podejrzenia oddalały się od pewnych osób, by później do nich wrócić. To jednak uważam za atut historii, bo o ile pierwszy odcinek wprawia w zdumienie, ukazując pod koniec, kto jest ofiarą, o tyle kolejne przedstawiają fakty i wydarzenia, które stopniowo zmieniają nasze podejście – zarówno do zamordowanego ucznia, jak i do jego domniemanych oprawców. Odcinek finałowy nie był zły, choć w samej scenie zbrodni zabrakło mi nieco emocji. Waham się natomiast w swojej opinii co do decyzji o drugim sezonie. Oczywiście – serial o nastolatkach w bogatej szkole nie mógł się urwać po 8 odcinkach (zbyt wiele możliwości daje twórcom), zwłaszcza, że skończył się tak, iż mniej więcej możemy domyślać się, jak zostanie poprowadzony drugi sezon, ale… no właśnie – czy to wystarczy? Bowiem gdyby nie motyw zbrodni i śledztwa, Szkoła dla elity nie byłaby tym, czym jest, a ja sama raczej zrezygnowałabym z oglądania kolejnych epizodów, bo to właśnie wątek kryminalny i chęć dowiedzenia się, kto jest sprawcą i jaki miał motyw, trzymały mnie przy nim najbardziej.

Pozostaje poczekać i dać szansę twórcom na wykazanie się. Jeśli miałabym mieć jakiekolwiek konkretne oczekiwania względem kontynuacji, to mogę jedynie życzyć sobie, by w drugim sezonie było mniej Samuela, bo jest to postać męcząca i irytująca – najbardziej mdła i miałka ze wszystkich, choć (trzeba przyznać) również nie do końca jednowymiarowa.

Dla kogo jest więc Szkoła dla elity? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Mnie teoretycznie nie powinna się spodobać, a dałam się wciągnąć w kryminalną zagadkę morderstwa przy użyciu figurki mającej trafić do najlepszego ucznia. Jest w tej produkcji trochę tandety i jest w niej trochę mroku. Są momenty kiedy ogląda się to bardzo dobrze i kiedy serial ma zadatki na dobry dramat omawiający ważne problemy młodzieży, ale są również sceny, w których zmierza on w kierunku mydlanej opery o nastolatkach. Póki co stoi gdzieś pomiędzy, z lekka przechylając się w tę lepszą – moim zdaniem – stronę. Zobaczymy, co będzie dalej.

Fot.: Netflix

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *