Zgrane Dranie #9: Podsumowanie 2023 roku

W dzisiejszym, zawsze zmieniającym się świecie gier wideo, trudno nadążyć za wszystkimi nowościami, premierami i trendami. Dlatego też, raz na miesiąc, spotykamy się z naszą zacną grupą doświadczonych graczy, by podzielić się z Wami naszymi spostrzeżeniami, refleksjami i ocenami tego, co ostatnio działo się w świecie gier.

W każdym odcinku cyklu Zgrane dranie skupimy się na różnych aspektach branży gier: od najgorętszych premier, przez niespodziewane hity, aż po te tytuły, które mogły umknąć Waszej uwadze. Nasz zespół, składający się z zapalonych graczy o różnorodnych gustach i preferencjach, zagwarantuje Wam szerokie spojrzenie na branżę i pomoże odkryć gry, które mogą stać się Waszymi nowymi ulubieńcami.

Zapraszamy do śledzenia naszego cyklu „Zgrane dranie”, gdzie każdy fan gier, niezależnie od swojego doświadczenia i preferencji, znajdzie coś dla siebie. Bądźcie z nami, by razem odkrywać fascynujący świat gier!

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Ubiegły rok nie był tak obfitujący w gry (i czas na granie), jakbym chciał, znalazło się jednak kilka tytułów, które przyciągnęły mnie na dłużej. W moim zestawieniu pojawiają się zarówno indyki, jak i wielkie produkcje AAA, lecz, jako że można policzyć je na palcach jednej ręki bez kciuka, to przejdę do rzeczy. Na pewno urzekło mnie The Longing – bardzo mała i oryginalna gra niewielkiego, niemieckiego studia Seufz. To trochę przygodówka, chociaż bardziej gra z gatunku idle. W The Longing kierujemy poczynaniami Cienia – małego stworka, żyjącego w niezwykle przepastnym świecie podziemnych jaskiń. Cień jest sługą Króla, który postanowił uciąć sobie drzemkę, prosząc naszego bohatera, aby zbudził go za 400 dni (któż z nas nie potrzebuje takiej drzemki!). Cień jest posłusznym poddanym i przez cały ten czas musi błąkać się po jaskiniach, czekając na koniec swojej służby. Jednym towarzyszem Cienia jest gracz, problem tylko w tym, że The Longing rozgrywa się w czasie rzeczywistym, więc 400 dni to naprawdę 400 dni! Oczywiście są pewne sposoby, aby czas w grze trochę przyspieszył (dlatego też udało mi się ukończyć ją o wiele szybciej), nie trzeba też mieć jej cały czas włączonej – czas płynie, nawet jeśli akurat nie gramy. Mimo wszystko, to nadal wiele godzin spędzonych na robieniu właściwie niczego. Oczywiście można Cieniem eksplorować nieskończone korytarze, ale po jakimś czasie satysfakcję przynosi nawet obserwowanie stworka siedzącego w wygodnym fotelu, czytającego książkę w swojej norce (którą można całkiem przytulnie urządzić) – dzięki czemu czas mija szybciej. The Longing to tytuł jednorazowy, jednak niesamowity pod względem klimatu i zżycia się z bohaterem (są momenty, kiedy naprawdę szkoda mi było wyłączać grę i zostawiać Cienia samego).

Drugą produkcją jest dodatek do niesamowitej detektywistycznej gry The Case of the Golden Idol, zatytułowany The Lemurian Vampire. To już drugi DLC do tej produkcji, rozwijający jeszcze bardziej dotychczasową (i tak już skomplikowaną) historię. Seria Golden Idol to prawdziwe wyzwanie, zagadki są niezwykle skomplikowane, ale także bardzo wciągające, a dość prosta grafika retro jest tutaj tylko atutem (jeśli podobał wam się The Return of Obra Dinn, pokochacie Golden Idola). Z żalem opuszczałem ten świat, wiedząc, że The Lemurian Vampire to już ostatni rozdział tej fascynującej historii. Teraz pozostaje tylko czekać na zapowiedziany sequel – The Rise of the Golden Idol, z nieco większym budżetem, bardziej nowoczesną grafiką i osadzony w czasach nam bliższych. Mam sporo obaw, że wszystkie te czynniki zabiją specyficzny klimat serii, mimo wszystko nie mogę się doczekać.

Kolejny tytuł to już ten z gatunku AAA – długo wyczekiwany przez wszystkich Diablo 4, który okazał się wielkim, napompowanym balonem, z którego zeszło nieco stęchłe powietrze. Nie mówię, że to zła gra, bo to całkiem przyjemny hack’n’slash, przy którym można spędzić wiele odmóżdżających godzin. Mam jednak wrażenie, że formuła Diablo nieco się już wyczerpała. Grindowanie dla samego grindowania może być czasem miłą odskocznią, ale fabularnie „czwórka” nie zrywa kapci. Już dawno przestała mnie interesować cała ta mitologia zbudowana wokół świata Sanktuarium i o ile remaster Diablo 2 był czymś, w co grało mi się świetnie (chociaż tutaj główną rolę grał sentyment), tak część czwarta to po prostu gra do zabijania czasu (jest to jednak zupełnie inny rodzaj zabijania czasu, niż w przypadku Cienia z The Longing).

Swoje zestawienie zakończę produkcją, w którą grać zacząłem dopiero pod koniec grudnia i skończyłem dosłownie parę dni temu (i do tej pory zbieram szczękę z podłogi). Alan Wake II, bo o nim mowa, zerwał nie tylko kapcie, ale do tego zjeżył włosy na głowie i pochłonął mnie całkowicie. Moją pełną recenzję tego tytułu możecie przeczytać TUTAJ, więc będzie krótko – to prawdziwe opus magnum Sama Lake’a, zwieńczenie wszystkiego tego, co mogliśmy oglądać w części pierwszej oraz w Control, pojawiają się nawet małe, podświadome echa oryginalnego Maxa Payne’a (Lake wciela się tutaj w jedną z ważniejszych postaci drugoplanowych i po raz kolejny przemawia głosem nieodżałowanego Jamesa McCaffreya – trudno więc nie mieć skojarzeń z pierwszym wcieleniem Maxa). Alan Wake II stoi fantastyczną narracją, niesamowitym klimatem grozy, ale też tajemnicy, a momentami nawet absurdu (część musicalowa to jeden z najlepszych motywów, jakie widziałem kiedykolwiek w grach!). A wszystko to skąpane jest w niezawodnej, metalowej muzyce Old Gods of Asgard. Remedy Entertainment po raz kolejny udowadnia, że są aktualnie jednym z najlepszych producentów w świecie gier.

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury – Tołstoja, Steinbecka czy Remarque’a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

A ja nie mogę narzekać na poprzedni rok pod względem gier! Nie dość, że obfitował on w bardzo dobre lub przynajmniej dobre produkcje AAA to i nie zabrakło świetnych gier indie. W dodatku ten rok podarował mi grę, której przyznałem ,,dychę” pierwszy raz w życiu  –  mowa o Against the storm, polskiej produkcji łączącej gatunek RTS z roguelike. Jak dla mnie jest to czarny koń zeszłego roku i swego zdania jestem gotów bronić na ubitej ziemi. Fantastyczna rozgrywka, epicka grywalność i chęć jeszcze jednego podejścia składającego się na budowę wioski poruszyła mnie zawiłością mechanik, które mimo dość sporego stopnia skomplikowania, każdy jest w stanie przyswoić. W Against the storm przegrałem już kilkadziesiąt godzin, a nadal nie nie mam dość. Jeśli jeszcze nie grałeś, Drogi Czytelniku, to z całego serca polecam ci tę produkcję. 

Gdybym miał wymieniać wszystkie gry, które mnie zaciekawiły w zeszłym roku, objętość mojego tekstu uśpiłaby pewnie nawet słonia pod wpływem kokainy, więc dalszą część mojej wypowiedzi rozdzielę na dwa segmenty, gdzie pokrótce wyróżnię kilkanaście tytułów podzielonych na gry AAA oraz indie. I będę się streszczał. 

Gry AAA w tym roku rozpieściły graczy. Mimo że nie jestem ich wielkim fanem, to nie mogłem przejść obojętnie wobec kilku tytułów. Przede wszystkim kontrowersyjne Diablo IVWedług mnie to nie jest zła gra. Jeśli miałbym ją określić w jakiś sposób, to byłby to tutorial H&S. Prosta, efektywna i przystępna rozgrywka ściągnęła mnóstwo nowych graczy do mojego ulubionego gatunku gier, co jest dobre, ponieważ inne tytuły także zyskają na popularności czwartego diabeła. Sam co sezon odwiedzam Sanktuarium kolejną postacią i świetnie się bawię. Owszem, brak tej grze głębi i porządnego endgame`u jak w przypadku niedoścignionego Path of Exile, ale z drugiej strony nie każdy ma ochotę na skomplikowaną rozgrywkę z wielogodzinnym poszukiwaniem i udoskonalaniem upragnionego bulidu z internetu… Niektórzy po prostu chcą bezrefleksyjnie młócić hordy Lilith i bawić się umiejętnościami bohaterów  –  i w tym segmencie Diablo IV się sprawdza. 

Dostęp do early accessu Baldurs Gate III… kupiłem pierwszego dnia i czekałem dwa długie lata, zanim ukazała się pełna wersja. I wiecie co? Ja jestem nieco rozczarowany. Zgodnie z podejrzeniami dostałem trzecią część Divinity, jedynie umiejscowioną w świecie D&D. Rozczarowałem się i nie ukończyłem tej gry. Doceniam jej geniusz, lecz bardziej trafiła w gusta mojej żony, niż moje. 

W końcu także dostaliśmy pierwszą, bardzo dobrą grę w uniwersum Harry`ego Pottera. Mowa tu oczywiście o Hogwart`s legacy, które stało się hitem na całym świecie. Ja także bawiłem się przednio, choć ta gra cierpi na pewien kryzys tożsamości i sama nie wie, czy jest bardziej dla dzieci, nastolatków czy dorosłych. Umówmy się: gramy dzieciakiem, który w przerwach między przyrą a gegrą zabija dziesiątki kultystów, a potem bez wyrzutów sumienia kładzie się lulu…

Alan Wake II także udało mi się sprawdzić i mam podobne spostrzeżenia, co mój kolega Michał. Absolutnie fantastyczna gra! Widać, że twórcy stworzyli coś, co chcieli stworzyć i przedstawić światu, nie bojąc się konsekwencji i gniewnych spojrzeń speców od marketingu.  Jest to wręcz dzieło, a nie gra (chociaż tylko dla tych, którym nie przeszkadza psychodeliczny klimat). Według mnie to najlepsza produkcja z segmentu AAA, która wyszła w poprzednim roku. Jeśli tylko twój komputer będzie w stanie udźwignąć wymagania sprzętowe, to polecam zainteresować się tym tytułem! 

Z biegiem lat coraz bardziej doceniam gry indie, ponieważ siedząc już tyle czasu w wirtualnej rozgrywce, widzę, że gry AAA mają mi coraz mniej do zaoferowania. Owszem, gram w poszczególne tytuły, ale już przed ich odpaleniem mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Dlatego też wolę w ostatnich latach skupić się na grach niezależnych, które nie dość, że potrafią mnie miło zaskoczyć, to w dodatku często mają mniej błędów podczas premiery niż nowe produkcje… 

Jedną z takich produkcji jest Dave, the diver. Owszem, pojawiają się zarzuty, że nie jest to typowa gra indie, gdyż ma hojnego sponsora, to jednak nie uważam także, że zapisuje się do segmentu AAA. Nietuzinkowy gameplay łączący w humorystyczny sposób prowadzenie restauracji sushi i nurkowaniu skradł moje serce i wiele godzin z życia! 

Pozostając w morskich klimatach, nie można nie wspomnieć o The Dredge. To krótka, ale naładowana akcją i ciekawą mechaniką łowienia gra z całą garścią lovecraftowskich motywów także zasługuje na wyróżnienie. Moim skromnym zdaniem jest nieco za droga w stosunku do oferowanych przez nią treści, ale jak ją wyrwiecie na promocji za około pięćdziesiąt złotych, to brać w ciemno! 

Mimo że jestem wielkim fanem gier RPG, to jakoś z ich japońskimi kuzynami nigdy nie było mi po drodze. Star ocean: second story R:, Sea of stars, a także Chained Echoes pokazał, że wciąż można otrzymać w grze zwięzłą, ciekawą historię. Nawet chiński Wandering sword, który miałem okazję recenzować, był małą perełką, w którą niewiele osób zagrało. Mam nadzieję, że ten trend nie zaniknie i w tym roku także kilka jRPGów namiesza na rynku, torując drogę następnym, ciekawym pozycjom. 

Na koniec jeszcze chcę wspomnieć o dwóch grach, które nie są ani indie, ani AAA. Mowa bowiem o Niezwyciężonym oraz Aliens: dark descent. Obie produkcje tylko ,,liznąłem”, ale obie wprost ociekają klimatem i czuć w nich miłość do gamingu oraz szacunku do materiału źródłowego. O ile w uniwersum Obcego dobrych gier jest jak na lekarstwo, o tyle na podstawie książek Stanisława Lema nie ma praktycznie wcale. Już nie mogę się doczekać, aż w nie zagram w pierwszych tygodniach 2024 roku! A Wam, Drodzy Gracze, życzę, abyście znaleźli w nadchodzącym czasie nowe produkcje, które Was zachwycą, jak mnie zachwycił Against the storm! Do przeczytania!

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

W 2023 roku udało mi się zagrać w mniej nowych tytułów niż rok wcześniej. Tym bardziej że część nowości, które pokazuje moje podsumowanie Steama, to dema, dostępne w ramach kilku odbywających się festiwali. Nie udało mi się zagrać w wiele gier singleplayer, bo ponownie dużą część mojego czasu niemiłosiernie zżerały gry multi. Ominęło mnie też większość głośnych tytułów, które albo mnie nie interesowały, albo po prostu nie pali mi się do nich tak mocno i spokojnie poczekam, aż będą w stosownej promocji. 

Zacznę może od tego, czego w dołączonej przeze mnie grafice nie ma, a było jednym z ważniejszych premier minionego roku. Podobnie jak Adam i Michał, ja również przegrałem swoje w Diablo IV, nawet kupiłem je na premierę, mocno zachęcony betą. Przez pierwszy miesiąc bawiłem się naprawdę dobrze, klimat i świat przedstawiony wyglądają wspaniale, a walka jest odpowiednio mięsista i responsywna. Wróciłem na pierwszy sezon i też trochę pograłem, testując inną postać, ale nie miałem uporu, żeby wbić maksymalny poziom. Przy drugim chciałem znowu spróbować, ale gra niestety już mocno mnie znudziła i wolałem poświęcić czas innym tytułom. Czy zagram w sezonie trzecim? Trudno mi powiedzieć, na pewno jednak Diablo IV w obecnej formie nie jest grą na lata, od której ciężko się oderwać. Może poważniejsze zmiany nadejdą w dodatkach, ale nie wiem, czy warto będzie wydawać na nie znowu masę pieniędzy, w grze, która i tak posiada już rozbudowany sklep ze skinami i przepustki sezonowe. Czas na powiedzenie sobie tego wprost – niewiele zostało ze świetnego studia, jakim kiedyś był Blizzard i trzeba pogodzić się z tym, że po ich grach lepiej nie oczekiwać już arcydzieł. 

Drugim ważnym dla mnie tytułem w tym roku był dodatek do Cyberpunka 2077 Phantom Liberty. Moja miłość do Cyberpunka była trudna, bo w podstawkę grałem na premierę i mój absurdalnie wręcz wielki hype boleśnie zderzył się z rzeczywistością pełną bugów, złej optymalizacji i tylko dobrej moim zdaniem fabuły i rozgrywki. Dwa lata łatania gry przyniosło jednak efekt, a sam dodatek jest dużo bardziej przemyślany i ciekawszy. Świetnie wypada cała intryga, liczne nawiązania filmowe, bohaterowie z krwi i kości. A samo Dogtown, choć nie jest duże, wygląda niesamowicie. Naprawdę szkoda, że Phantom Liberty to jedyny dodatek do Cyberpunka 2077, na jaki możemy liczyć. 

Niekwestionowanym liderem mojego growego podium w 2023 roku został Caliber, produkcja free to play, która zadebiutowała na Steamie w kwietniu, chociaż wcześniej była kilka lat rozwijana. Tak, jak pisałem w swoich pierwszych wrażeniach we wcześniejszych Zgranych Draniach, do tytułu przyciągnęła mnie tematyka współczesnych jednostek specjalnych i unikatowa, taktyczna rozgrywka z perspektywy trzeciej osoby. Nie chcę powtarzać tego, co już o grze pisałem, powiem więc, że jestem bardzo zadowolony z tego, jak przebiegał rozwój gry w tamtym roku i jak wygląda jej przyszłość. Od czasu steamowej premiery, do gry dodano dwie nowe jednostki (czyli łącznie 8 nowych operatorów) – brazylijską BOPE oraz najnowszą, brytyjską SAS, której ubiór i wyposażenie są inspirowane wydarzeniami z ataku na irańską ambasadę w Londynie w 1980 roku. Pojawiły się nowe mapy, a wiele strasznych zostało odnowionych i zbalansowanych. Dodano dużo usprawnień rozgrywki, jak choćby zmieniono całkowicie interfejs na czytelniejszy i bardziej przyjemny dla oka. Właściwie co chwilę obecne były różnego rodzaju eventy, w których do zdobycia były elementy kosmetyczne całkowicie za darmo. Przedstawiono wreszcie całkowicie nowy tryb rozgrywki PvEvP o nazwie Threshold. Bardzo dobrym dodatkiem jest tryb rankingowy, który oferuje nieco inną rozgrywkę, przypominającąn podkładanie i rozbrajanie bomb z Counter-Strike’a. Oprócz rankingu zapewnia też unikatowe nagrody, np. w postaci skinów. Nie mam zamiaru opisywać wszystkiego, a bardziej pewien obraz rozwoju gry. Oczywiście nie wszystko jest idealne, matchmaking czasem woła o pomstę do nieba, kiedy dobiera wysokopoziomowych weteranów z kompletnymi świeżakami. Najbardziej kontrowersyjnym rozwiązaniem jest niestety sposób implementacji nowych jednostek, bo operatorów można na początku odblokować jedynie w płatnym battle passie, a za walutę w grze dostępni są do kupienia dopiero po sześciu miesiącach. Niestety o ile monetyzację gry jako całość oceniam pozytywnie, o tyle jednak w przypadku przepustek sezonowych stosunek ceny do jakości pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza kiedy twórcy w najnowszej przepustce podnieśli ilość wymaganego grindu. Nie zmienia to faktu, że nie ma po prostu podobnej gry na rynku, która oferuje tak bogaty wachlarz różnorodnych trybów rozgrywki, zarówno PvP, jak i PvE, tak wiernie podchodzi do wyposażenia i uzbrojenia poszczególnych operatorów i jednostek, a także tak systematycznie dostarcza graczom nową zawartość.

Drugim tytułem z mojej magicznej listy Steama jest Wayfinder, o którym również już wspominałem. I cóż mogę dodać  –   im dłużej w niego gram, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to dla mnie taka nostalgiczna podróż w czasy World of Warcraft, przede wszystkim, jeśli chodzi o graficzny aspekt gry. Co zabawne, mimo że jest to przecież gra nastawiona na rozgrywkę wieloosobową, ja póki co gram w 90% solo i bawię się naprawdę dobrze, z powodzeniem zaliczając większość wyzwań w grze. To naprawdę unikatowy tytuł, który ma dużo bardzo ciekawych pomysłów, niestety nie jestem pewny jego przyszłości i muszę się podzielić pewnymi obawami. Nie chodzi mi już absolutnie o tragiczny start wczesnego dostępu, ale bardziej o pewne strasznie nieprzemyślane aktualizacje twórców, które nagle zmuszały graczy do spędzenia kilku godzin, na rozpaczliwych próbach sprzedaży nadmiarowej ilości przedmiotów, których ograniczenia nagle się pojawiły, bez tak podstawowych funkcji, jak sortowanie, możliwość sprzedania kilku na raz itd. Nie był to jedyny taki wypadek i niestety nie wiem po prostu, czy czasem skala przedsięwzięcia nie przerośnie twórców, zwłaszcza po opuszczeniu wczesnego dostępu, kiedy ilość graczy może wzrosnąć astronomicznie, a nowa zawartość w formule free to play nie może pojawiać się z opóźnieniami. Bo właśnie, póki co drugi sezon jest ciągle opóźniony, choć miał pojawić się już dawno. Digital Extremes, który był wydawcą gry, nagle zrezygnował z dalszego wspierania Wayfindera i o ile studio Airship Syndicate uspokajało, że nie wpłynie to na kondycję gry i sami poradzą sobie w roli wydawcy, o tyle póki co jestem po prostu pełen obaw, wiedząc, jak ciężkim rynkiem jest obecnie obszar gier free to play i jak wiele tytułów walczy o uwagę i pieniądze graczy (wysoko obecne w moim zeszłorocznym rankingu The Cycle: Frontier nie przetrwało niestety nawet roku…). Nie chcę być jednak złym prorokiem i mam nadzieję, że Wayfinder stanie na nogi i po opuszczeniu wczesnego dostępu okaże się wielkim sukcesem. 

Warhammer 40,000: Darktide wyszedł pod koniec 2022, a że czekałem na tę produkcję niesamowicie mocno, to pojawiła się zarówno w poprzednim, jak i tym podsumowaniu roku. I o ile podtrzymuję, że nikt tak jak studio Fatshark nie umie w kooperacyjne first-person shootery, a do tego perfekcyjnie czuję klimatów świata Warhammera, o tyle niestety nie mogę pozbyć się wrażenia, że Darktide mógłby być dużo, dużo lepszą grą. Niestety ilość zawartości i mechanik, których nie było na premierę, spokojnie usprawiedliwiałaby wydanie gry w formie early access; twórcy bardzo wolno dodawali brakujący content czy łatali bugi, nabierali wody w usta na palące pytania graczy – no generalnie odbyła się typowa premiera dużej gry w czasach dzisiejszego gamingu. Teraz, rok później, jest oczywiście dużo lepiej, pojawiło się kilka nowych map, parę alternatywnych wersji broni, przebudowany całkowicie system rozwoju postaci. Ale nadal to chyba nie jest to, o czym zarówno gracze, jak i twórcy sobie marzyli. 

PUBG: BATTLEGROUNDS mogę napisać tylko tyle, że… no cóż, nadal grywam i wciąż, po tylu latach i tysiącach godzin ten tytuł sprawia mi frajdę. Oczywiście czasami, wcale nie rzadko, wywala mi też żyły wkurwienia, ale przecież takie bipolarne relacje są najtrwalsze, prawda? PUBG pomimo 6 lat od oficjalnego wydania nadal jest stale wspierany nową zawartością, a twórcy naprawdę kombinują, żeby cały czas dodawać do dobrze znanej rozgrywki jakieś świeże rozwiązania. Tegoroczna mapa Rondo, największa w historii gry, wprowadziła kilka naprawdę ciekawych mechanik, w tym rozmieszczone na jej terenie sklepy, w których za nową walutę, zbieraną w trakcie rozgrywki, możemy kupić niektóre dodatki, a nawet bronie ze zrzutów. Na kilku mapach jest teraz również możliwość wskrzeszenia poległego towarzysza, jeśli zbierzemy z jego ciała nadajnik i udamy się w odpowiednie miejsce. Obie te rzeczy to wyraźne inspiracje Warzone’m, ale zaimplementowane w sposób wyważony i urozmaicający rozgrywkę, a nie wywracające ją na drugą stronę. 

Było oczywiście również trochę innych tytułów, które skradły w zeszłym roku moje serce. Razem z Mateuszem i Adamem spędziliśmy kilka świetnych wieczorów przy polskim, bardzo oryginalnym HELLCARD. Tutaj możecie przeczytać naszą recenzję z wczesnego dostępu, który gra właśnie opuściła i dostępna jest już jej pełna wersja 1.0. Studio Passtech Games, odpowiedzialne za mój ukochany roguelite Curse of the Dead Gods, wypuściło nowy tytuł (we wczesnym dostępie) – Ravenswatch. Tutaj również w rogalikowej rozgrywce musimy za pomocą wybranych bohaterów inspirowanych znanymi postaciami z baśni i legend, powstrzymać mroczny Koszmar. Mapy są bardziej otwarte, za to przemierzenie ich całych ogranicza czas, po którym budzi się boss. Główną nowością jest możliwość gry wspólnie z innymi graczami w trybie kooperacji. Gra dostała właśnie nową zawartość i jej recenzji w ciągu najbliższego miesiąca możecie się spodziewać. W 2022 dużo zagrywałem się w strategię Diplomacy is Not an Option, natomiast w tamtym udało mi się sprawdzić podobne pod względem założeń rozgrywki Age of Darkness. W tym tytule klimat jest jednak dużo poważniejszy i mroczniejszy, a podczas nocnych oblężeń nasza twierdza będzie próbowała odeprzeć ataki mrocznych koszmarów, wyłaniających się ze śmiercionośnej mgły. W Age of Darkness na początku każdej rozgrywki wybieramy bohatera, którego umiejętności będą niezbędne do przetrwania kolejnych fal wrogów. Gra posiada też pełną, fabularną kampanię.

Bardzo polecam survival Tribes of Midgard, szczególnie do wspólnego grania ze znajomymi. Przyjemny, unikatowy styl graficzny, darmowe season passy i klimat wikingów, co zawsze daje +1 do atrakcyjności. Do tego, oprócz zwykłego trybu przetrwania, gra oferuje bardzo ciekawy tryb Sagi, w którym rozgrywka wzbogacona jest o aspekt tower defence, a naszym zadaniem, oprócz bronienia naszej bazy i drzewa życia, jest pokonanie trudno dostępnych bossów, takich jak Fenrir czy Hel. 

Bardzo miło wspominam granie w minionym roku w gry z uniwersum Obcego, czyli Aliens: Fireteam Elite oraz Aliens: Dark Descent. Pierwszy tytuł to kooperacyjny shooter z perspektywy trzeciej osoby, o którym wspominałem tutaj, natomiast Dark Descent to moje największe zaskoczenie 2023 roku, gra trochę przypominająca XCOM, kiedy w bazie rekrutujemy nowych marines, leczymy ich po walce i wyposażamy w coraz lepszy sprzęt oraz badamy nowe technologie, ale w czasie misji zamiast turowej walki, dowodzimy oddziałem kolonialnych marines w czasie rzeczywistym. Oddziałem, bo trzech lub czterech żołnierzy porusza się jako jedna, zwarta grupa, a w zależności od rozkazu, wykonuje go człowiek najbardziej do tego odpowiedni. Przemierzamy naprawdę spore, otwarte mapy, poszukując ocalałych, zbierając dane i próbując ustalić, co wydarzyło się na planecie, będącej jeszcze niedawno prężną kolonią. Oczywiście walczymy również z Ksenomorfami, ale lepiej dla nas, jeśli tej walki unikamy, bo zużywamy podczas niej cenną amunicję, a stres naszych podwładnych może doprowadzić do rozmaitych dysfunkcji. Produkcji tej udało się fenomenalnie oddać klimat drugiej części Obcego, uczucie niepokoju, zaszczucia, a nawet grozy. Musimy umiejętnie zarządzać drużyną i zasobami, czasem wycofać się do bazy, gdy żołnierze są zbyt ranni i straumatyzowani, by dalej walczyć. Szczerze polecam, nie tylko fanom uniwersum Obcego. 

Nikogo nie powinno chyba dziwić, że po ogromnym sukcesie prostej gry Vampire Survivors, zaczęło powstawać wiele podobnych tytułów. Jednymi z ciekawszych są moim zdaniem Halls of Torment oraz Death Must Die. Pierwsza gra to przede wszystkim ogromny ukłon w stronę klasycznego Diablo, wielu różnorodnych bohaterów, system ekwipunku, setki najróżniejszych wyzwań i kilka różniących się od siebie aren walki, każdy z innymi przeciwnikami i bossami. Death Must Die moim zdaniem jeszcze bardziej rozbudowuje formułę tej rozgrywki, dodając, podobnie jak w Diablo IV, uniki, dzięki którym nasze poruszanie się na mapie jest dużo dynamiczniejsze, a przeciwnicy bardziej wymagający. Do tego tytuł posiada przepiękny, pixelartowy styl graficzny, a każdy zdobyty poziom wiąże się z otrzymaniem jednego z trzech błogosławieństw od bogów, co oczywiście jest żywcem wzięte z Hadesa. Chociaż na razie tytuł oferuje jedynie jedną mapę i pięć grywalnych bohaterów, rozgrywkę urozmaicają przedmioty o różnym stopniu unikatowości oraz możliwość podkręcania poziomu trudności odpowiednimi modyfikatorami. Sprawia to, że nawet na tak wczesnym etapie wczesnego dostępu poziom regrywalności i syndrom jeszcze jednego podejścia jest ogromny. 

Na koniec wspomnę jeszcze o mojej najnowszej fascynacji, jaką jest dość niszowa gra Deadside, w której od grudnia nabiłem już prawie sto godzin. Szukałem jakiegoś w miarę współczesnego survivala w stylu DayZ, ale nie aż tak skomplikowanego, i tak trafiłem na tę produkcję. Gra posiada zarówno serwery PvPvE, jak i PvE, więc nadaje się także do spokojnego, bezstresowego biegania po otwartej mapie, lootowania i rozwijania swojej postaci, od czego zaczynałem. Cała pętla rozgrywki jest dość prosta – pojawiamy się w losowym miejscu na ogromnej mapie wyposażeni jedynie w nóż. Pierwszym zadaniem jest znalezienie broni w najbliższych zabudowaniach oraz zadbanie o picie i jedzenie. Naszymi przeciwnikami (oprócz innych graczy, jeśli gramy z włączonym pvp), są bandyci i żołnierze sterowani przez komputer, co jakiś czas na mapie pojawiają się zadania polegające na zabiciu wszystkich wrogów w danej lokacji. Za zdobytą gotówkę i inne cenne rzeczy, które możemy sprzedać u kupców w bezpiecznych strefach, kupujemy lub wytwarzamy coraz lepszy sprzęt, a następnym krokiem jest budowa własnej bazy, aby móc przechowywać więcej łupów. Aktywności sprowadzają się do wykonywania misji o różnym poziomie trudności, polowania na patrole z bossem, z których możemy uzyskać unikatowy loot, jeśli z zabezpieczoną walizką uda nam się dojść do bezpiecznej strefy, łupienia zestrzelonych helikopterów czy wreszcie raidów na bazy innych graczy, jeśli przy ich ciele znajdziemy odpowiedni token. Sama mapa pełna jest wiosek i miasteczek, które wyglądają, jak żywcem wyjęte z kultowego Stalkera i choć w grze nie ma obecnie żadnych zjawisk nadnaturalnych, ducha ukraińskiej produkcji czuć na każdym kroku (choć ktoś inny może powiedzieć, że jest to duch Europy Wschodniej czasów słusznie minionych). Deadside znajduje się we wczesnym dostępie od 2020 roku, a twórcy powoli, choć konsekwentnie rozwijają swoją grę, pisząc, że wersja 1.0 może pojawić się nawet po 6 latach. Nie jest to produkcja dla każdego, czasem to straszliwy symulator biegania, ale jeśli ktoś szuka czegoś w stylu DayZ, tylko nie tak hardcorowego, powinien być zadowolony, zwłaszcza że grę można złapać za jedną trzecią pełnej ceny. 

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych „Wielogłos”. Prowadzący cykl „Aktualnie na słuchawkach”. Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.

 

2023 był dla mnie jako dla gracza rokiem dobrym. Moje statystyki Steam pokazują, że na tej tylko platformie zagrałem w 47 gier, z czego 38 to zupełnie nowe dla mnie tytuły. Spora część z tych tytułów rozstała przeze mnie tylko rozgrzebana i zakładam, że nie wrócę do nich już nigdy, ale wśród nich znalazło się miejsce dla kilku pereł, które z przyjemnością wyróżnię. Oczywiście moim docelowym miejscem do grania jest Xbox Series X. Zauważyłem jednak, że coraz częściej moje obcowanie z konsolą ograniczało się do odpalenia Overwatcha 2, który niestety stał się usługą. Jednak coś we mnie pękło, gdy 10 sierpnia 2023 Blizzard ogłosił, że szumnie i dumnie zapowiadany tryb fabularny się nie wydarzy, że to ambitne zadanie ich przerosło i zamiast tego chcą skupić się na dowożeniu graczom co sezon atrakcyjnych treści w trybie PvP. Wtedy nastąpił mój dość długi rozbrat z usługą Blizzarda. Myślałem nawet, że będzie to ostateczne rozstanie, ale w listopadzie się złamałem i w zasadzie do dziś gram z przyjemnością w tę głupią grę… Zwłaszcza że wciąż grają w to moi bliscy i nawet dla samego towarzystwa dobrze jest odpalić ten tytuł. 

Przejdźmy jednak do konkretów: 2023 rok na Steamie zapamiętałem głównie jako rok, w którym większość czasu grałem wspólnie z redakcyjnym kolegą Norasem, nie bez powodu zresztą w top 5 najczęściej granych przeze mnie gier aż 4 z nich to tytuły, które ogrywaliśmy razem (porzucone przez nas za szybko For the King, świetny Hellcard, ciekawy i wciąż mam wrażenie, że tylko przez nas dotknięty Tribes of Midgard oraz nieśmiertelne Deep Rock Galactic, które może i nie oferuje niczego intrygującego fabularnie, ale daje całe kilogramy frajdy z gameplayu). Tylko jedna gra wybiła się ponad resztę, a jest to nasz wspaniały Against The Storm, który Adam zdążył już zachwalać. Pozostaje mi przyłączyć się do zachwytów nad tym tytułem, bo naprawdę nie wiem, kiedy przeleciało mi ponad 50 godzin w tym świecie. I mam pełną świadomość, że w 2024 osiągnę podobny wynik przy tej grze. 

Wrócę jeszcze do Xboxa, bo to właśnie tu spędziłem ostatni kwartał minionego roku. Czekając na Starfield, odpaliłem No Man’s Sky po raz pierwszy od 2018 roku. Przez te kilka lat ta gra dość mocno się zmieniła, ale po tych około 10 godzinach spędzonych z tytułem mogę z radością powiedzieć, że twórcy dbają o swoją grę i bardzo dużo zmieniło się na dobre. Na pewno wrócę do tej gry, bo bardzo mocno potrafi zrelaksować. Natomiast jeśli chodzi o zdecydowanie przehype’owany Starfield  – na ten moment ta gra ma wszystkie bolączki Bethesdy. NPC są beznadziejni, otwarty świat może i robi wrażenie, ale człowiek bardzo szybko ma wrażenie otrzymania zbyt wielu zabawek, w efekcie nie wiesz, na czym się skupić, a gra dość szybko pozostawia gracza samemu sobie. Przez co po prostu nie chce mi się w to grać. Jednak klejnotem koronnym ostatnich miesięcy jest dla mnie Cyberpunk 2077. Oczywiście, że słyszałem wcześniej o tej grze. Oczywiście, że słyszałem o tym świecie, o papierowym rpg, o Keanu Reevesie, o olbrzymiej wtopie, jaką zaliczył CD Projekt Red na starcie tego tytułu. Ale mnie to wszystko troszkę ominęło. Celowo olałem ten tytuł w momencie premiery (zresztą nigdy nie byłem fanem preorderów), bo wiedziałem, że w tamtym czasie mój PC tego nie udźwignie, a z wersją konsolową chciałem poczekać, może kierowany jakimś wewnętrznym przeczuciem? Teraz wyszedł dodatek Phantom Liberty oraz aktualizacja 2.0 (chwilę później 2.1) i ja poznałem Night City, V, Panam, Judy, Johnny’ego Silverhanda, Rouge, Jackiego, Misty i innych dopiero miesiąc temu i z pełną świadomością tych słów pragnę napisać, że jest to najlepsza gra, w jaką przyszło mi zagrać w całym moim życiu. Wszystko w tym świecie mi się skleiło w spójną całość. Kocham ten świat, jestem w nim zanurzony po czubek głowy i po skończonej fabule (już kilka razy na ten moment) w dalszym ciągu przepełnia mnie nieskończona emocjonalna pustka, jakbym był wchłonięty przez czarną dziurę. Scenarzyści Redów dokonali czegoś dla mnie niebywałego – wykreowali takich bohaterów, za którymi autentycznie tęsknię. Stworzyli taką fabułę i tak skonstuowali wszystkie wątki, że naprawdę chce się w tym Night City nieustannie przebywać i chłonąć ten świat. Ale chyba główną rzeczą, za którą kocham Cyberpunk 2077, jest to, co było już bardzo wyraźnie nakreślone w Wiedźminie 3: Dzikim Gonie, ale w Cyberpunku poszli o krok dalej – za wpakowanie do swojej gry nieskończonych pokładów smutku, jakiejś takiej otaczającej nas zewsząd depresji, za nieopuszczające gracza wrażenie, że cokolwiek wybierzesz, to finalnie coś pójdzie nie tak lub skończy się źle, że jakiegokolwiek wyboru dokonasz – bohater i tak straci, przegra, nie osiągnie swojego celu lub któraś towarzysząca nam postać będzie cierpieć. Miazga. Naprawdę, prawdziwa emocjonalna petarda. 

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury - Tołstoja, Steinbecka czy Remarque'a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *