Dzień dobry, samotności – Lily Brooks-Dalton – “Dzień dobry, północy” [recenzja]

Na początku delikatna przechwałka: jako miłośnika książek kilkanaście miesięcy temu kopnął mnie nie lada zaszczyt (czytaj: przywilej), mianowicie mogę sobie wybrać książki, które chcę przeczytać, nie płacąc za nie! No, powiedzmy, że „zapłatą” jest recenzja. Co za tym idzie – raz na jakiś czas – pozwalam sobie na eksperymenty, sięgając po twórczość autora, którego poza mną „znają wszyscy” lub takiego, o którym nie słyszał nikt. Różnie w takich przypadkach bywa – czasem trafi się totalny gniot, kiedy indziej tytuł może nie wybitny, ale pozwalający zapamiętać nazwisko jego twórcy. Rzadko zdarza się prawdziwa perełka, a niemal nigdy dzieło pokroju Dzień dobry, północy. Prawdziwą perełką określiłem Hotel New Hampshire Johna Irvinga i tak – ta książka miała w sobie TO COŚ, tyle że jej autor to pisarz powszechnie znany, ba – prawdopodobnie jeden z najpopularniejszych na całym świecie. Pytanie więc: słyszeliście kiedyś o Lily Brooks-Dalton? Nie sądzę. I żadna to ujma nawet dla największych książkofili, bowiem debiutancka powieść dziewczyny z Vermont przetłumaczona została – póki co – na zaledwie pięć języków. Na szczęście jednym z nich jest język polski, a Dzień dobry, północy na naszych rodzimych księgarnianych półkach dostępne jest zaledwie od miesiąca. Dawno już nie przeczytałem książki, która wywołałaby we mnie tyle skrajnych opinii podczas samej lektury i która – summa summarum – tak by mnie ujęła. Bardzo możliwe, że to jedna z najważniejszych tegorocznych premier wydawniczych.

Akcja toczy się dwutorowo, głównych bohaterów również jest dwoje (no dobrze, troje), a narracja prowadzona jest naprzemiennie. Sztampowo, co? Na dodatek naszą dwójkę (trójkę) łączy – jak zresztą sugeruje tytuł recenzji – przytłaczające poczucie samotności. Żeby jednak (przynajmniej z pozoru) nie było tak nudno, coś tych naszych bohaterów jednak dzieli, a tym czymś jest odległość. Nie będę nawet próbował strzelać, ile to kilometrów, ale mnie więcej tyle co z Ziemi do Jowisza. Dosłownie.

Jako pierwszego poznajemy Augustine’a. To leciwy już, ale uznany naukowiec, specjalista w dziedzinie astronomii. Augustine przekroczył siedemdziesiątkę i odbywa właśnie ostatnią w życiu wyprawę naukową, dokładniej rzecz ujmując, znajduje się w placówce położonej na kanadyjskim Archipelagu Arktycznym. Od zawsze był samotnikiem, dla którego to, co na niebie, wydawało się ważniejsze od otaczającej go rzeczywistości. Kpił z ludzkich uczuć i słabości, drwił z miłości. Nie rozumiał, co to w ogóle jest, gdy wspinał się po szczeblach kariery, marząc, by jego nazwisko zapisało się w historii wielkimi zgłoskami. Nie może więc dziwić decyzja, jaką Augustine podejmuje, gdy pewnego dnia wojskowe śmigłowce przylatują do rządowej placówki, nakazując natychmiastową ewakuację całej ekipy badawczej z uwagi na zbliżający się, choć nienazwany kataklizm, który zagraża całej ludzkości. Staruszek jako jedyny postanawia zostać, mając świadomość, że nikt po niego nie wróci; chce cieszyć się ostatnimi miesiącami życia w spokoju i ciszy. Sam, jak zawsze. Ku zaskoczeniu, wkrótce po opuszczeniu Arktyki przez pozostałych naukowców odkrywa, że nie został jednak sam, pod jednym z łóżek znajduje małą dziewczynkę – Iris.

Obok Augustine’a (oraz Iris) drugą najważniejszą postacią w książce jest Sully. To czterdziestokilkuletnia, niesamowicie zdolna i ambitna kobieta, która dla kariery poświęciła życie rodzinne. To właśnie zawodowe ambicje odebrały jej Jacka i Lucy, czyli odpowiednio: byłego męża i córkę, którzy od kilku już lat znajdują szczęście u boku innej kobiety. W chwili kiedy poznajemy Sully, znajduje się ona na statku kosmicznym „Aether”, stanowiąc część sześcioosobowej załogi, której misją jest zbadanie Jowisza. Początkowo wszystko przebiega zgodnie z planem – astronauci dolatują do odległej planety, zachwycając się jej pięknem jako pierwsi ludzie w historii. Problem pojawia się w drodze powrotnej na Ziemię, kiedy ni stąd ni zowąd tracą łączność zarówno z NASA, jak i z kimkolwiek. Nie odbierają żadnego sygnału, choć wiedzą, że urządzenia w Aetherze są sprawne. Wszystko wskazuje więc na to, że na macierzystej planecie musiało wydarzyć się coś nieprzewidzianego i tragicznego w skutkach.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mamy tu do czynienia z banalną książeczką, której sednem jest prosta jak drut fabuła, z jaką spotkaliśmy się już wielokrotnie: dwójka (trójka) bohaterów, statek kosmiczny i katastrofa, która (w domyśle) pustoszy Ziemię. Po przeczytaniu opisu powyżej ktoś mógłby pomyśleć, że fajnie by było, gdyby na podstawie tej książki nakręcono film; byłby z tego drugi Marsjanin albo Armageddon. I rzeczywiście – ja sam bardzo mocno trzymam kciuki za to, by Dzień dobry, północy zostało kiedyś zekranizowane. Uwierzcie jednak, że obraz ten prawie w niczym nie przypominałby ani Marsjanina, ani Armagedonu.

Jako że na upartego wymienić mogę tylko jedną wadę tej powieści, to właśnie od niej zacznę, choć robię to jedynie po to, by podkreślić całą resztę zalet. Mianowicie sprawa wygląda tak, że wielu książka ta może się wydać zbyt spokojna, zbyt powolna, czyli po prostu nudna. I w tym momencie wrócę do wstępu tego tekstu i momentu, w którym napisałem, że dawno już podczas lektury nie miałem o danej książce tak skrajnych opinii. Przyznam szczerze: Dzień dobry, północy można przeczytać w jeden, maksymalnie dwa wieczory, natomiast ja pierwsze piętnaście stron męczyłem (tak, męczyłem)… tydzień! Co zacząłem, to po kilku zdaniach nachodziło mnie „Nieee, to nie dla mnie, nie dobrnę do końca. Nuuuudaaa!!!”. Kiedy jednak nadszedł przełomowy dzień, w którym połknąłem kolejne sześćdziesiąt stron za jednym zamachem, zapaliła mi się w głowie lampka „Boże, czy ja aby nie czytam najlepszej książki w życiu?”. Poważnie.

Rzeczywiście, być może trochę trudno jest się przebić przez sam początek, później jednak następuje MAGIA. Naprawdę, nie potrafię znaleźć bardziej trafnego słowa. Zresztą zacznijmy może od początku, a raczej od frontu, czyli okładki dzieła Lily Brooks-Dalton. Jest przepiękna. Powtarzam: PRZE – PIĘK – NA! Mały, samotny, pomarańczowy namiot na tle gór i rozgwieżdżonego nieba (nawiasem mówiąc: gwiazdy na okładce autentycznie świecą, jeśli ustawimy książkę w półmroku pod odpowiednim kątem). I już sama okładka w pewien sposób oddaje treść książki, pokazując, że nie będzie to żaden wielki hit science-fiction dla mas. Ilustracja zdobiąca Dzień dobry, północy jest surowa i „zimna”, a jednak ma w sobie coś ujmującego, co przyciąga wzrok. I taka jest również treść omawianej powieści.

Augustine zaczyna podsumowywać swoje życie i dochodzi do smutnych wniosków – okazuje się, że pomimo sukcesów w wybranej dziedzinie nauki i wielu podróży tak naprawdę nie widział nic. Jest pusty w środku, a uświadamia mu tu małomówna obca dziewczynka. Podobna refleksja dopada Sully, kiedy ta orientuje się, że nawet jeśli domniemany kataklizm na Ziemi nie jest prawdą, to ona i tak nie ma do kogo wracać. Jeśli z kolei katastrofa jest faktem, to całe jej życie i praca, dla której poświęciła rodzinę, okaże się być nic nie warta. Bohaterka od zawsze chciała udowodnić, „że umie”, licząc na oklaski. Tyle tylko, że być może nie ma już komu klaskać.

Smutna to książka, nawet bardzo, ponieważ kręci się wokół niełatwych tematów i pytań, których większość z nas nie zadaje sobie na co dzień. Czy droga, którą wybrałem/am jest słuszna? Czy jestem w tym życiu szczęśliwy/a? Czy w gruncie rzeczy nie uciekam przed samym sobą? To tylko niektóre z pytań, jakie zadają sobie bohaterowie tej powieści i jakie tym samym autorka zadaje nam – czytelnikom. Już to powoduje, że Dzień dobry, północy pomimo pięknej okładki i dość skromnej objętości (około 270 stron) prawdopodobnie nigdy nie zyska wielkiego rozgłosu i uznania mas, a na uznanie takie – moim zdaniem – zasługuje.

Książka Lily Brooks- Dalton momentami może się kojarzyć z Małym księciem, choć jest o wiele bardziej surowa, na co poza przemyśleniami Augustine’a i Sully składają się również (niewspomniane przeze mnie wcześniej) niemal baśniowe opisy skutej lodem Arktyki i niezmierzonej przestrzeni kosmicznej.

Pomimo zachwytów z mojej strony nie jest też tak, że to najlepsza książka, jaką napisano bo, fakt faktem, sama fabuła rzeczywiście nie jest wielce zawiła. Wszystko jednak nadrabia klimat i wydźwięk tej powieści, która – choć mamy dopiero początek lutego – na dzień dzisiejszy jest moim zdecydowanym faworytem do miana Najlepszej Książki Roku 2017.


Fot.: Czarna Owca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *