Filmy,Patronat,Recenzje

Schyłek świata – Mimmo Calopresti – „Aspromonte” [recenzja]

aspromonte
aspromonte

W dzisiejszych czasach dla przeciętnego człowieka miejsce zamieszkania nie jest zazwyczaj jakoś szczególnie ważne. Na porządku dziennym są przeprowadzki, sprzedaże domów, wyjazdy. Niektórym marzy się wręcz podróżowanie po całym świecie, bez stałego miejsca pobytu. Kiedyś jednak ludzie myśleli i czuli inaczej. Kiedyś ziemia, na której przychodził na świat człowiek, na której się wychowywał i na której patrzył, jak jego dzieci dorastają, była czymś więcej niż tylko kawałkiem gruntu czy miejscem, które można opuścić ot tak, bez żalu. Kiedyś ta ziemia była czymś więcej niż nawet małą ojczyzną. Była miejscem rodziny i tradycji, była czymś, o co trzeba było dbać, ale także czymś, co dbało o człowieka – dawało pożywienie, schron, przynależność. Wciąż oczywiście są ludzie, którzy traktują swój skrawek ziemi jako miejsce niemal zaklęte, w którym urodzili się i zamierzają umrzeć. Zarówno literatura, jak i kino uwielbiają opowieści o nich. Wspomnieć można chociażby powieść Sweetland, w której to staruszek Moses uparł się, że za żadne skarby świata nie opuści miejsca, w którym się wychował. Jak jednak taki upór ma się do warunków życia, które nie pozwalają na godny byt, a w skrajnych przypadkach… w ogóle na byt? Film Aspromonte subtelnie i niezwykle urokliwie przygląda się takiej sytuacji. Włoski obraz ukazuje się w Polsce dzięki dystrybutorowi Aurora Films, a Głos Kultury objął go patronatem medialnym.

Aspromonte to góra w południowych Włoszech. Widok na nią mają mieszkańcy Africo – niewielkiej wioski, w której czas… jakby stanął w miejscu. Akcja filmu dzieje się na początku lat 50., ale zaglądając pod strzechy mieszkańców Africo, zdaje nam się, że o wiele wcześniej. Ludzie tu żyjący nie mają elektryczności, nie mają kanalizacji, nie mają przydzielonego lekarza, nie mają nawet drogi, która pozwoliłaby lekarzowi z pobliskiej Mariny dotrzeć na czas w nagłej sytuacji. Kiedy poznajemy mieszkańców, są oni zwartą, głośną i zdeterminowaną ludzką masą, która domaga się od urzędników, by przydzielono im lekarza. Udaje im się wymusić podpis na papierze, który stanowi taką właśnie obietnicę. Jednak tak jak nasi bohaterowie nie mają elektryczności, tak ci, którzy o tym decydują, nie mają na tyle godności, by dotrzymywać obietnic. Mała rewolucja mieszkańców Africo zbiega się z przybyciem do wioski pięknej nauczycielki, która z własnej woli wybrała tę zapomnianą przez upływ czasu i postęp techniczny wioskę.

Impulsem do tego, by wziąć sprawy w swoje ręce – i to dosłownie – staje się dla mieszkańców tragedia, jaka spotyka jednego z nich. Mężczyzna miał powitać na świecie swojego potomka i razem z żoną cieszyć się rodzinnym szczęściem. Tymczasem w tym samym momencie został zarówno wdowcem, jak i ojcem, który musiał pochować swojego synka. Śmierć ciężarnej kobiety zdaje się wyznaczać granicę cierpienia. Gdyby bowiem w wiosce był lekarz lub gdyby chociaż do najbliżej położonej Mariny prowadziła wygodna droga, kobieta i dziecko mieliby szansę przeżyć pod opieką fachowca. A ponieważ obietnica o lekarzu nie została spełniona, mężczyźni, kobiety i dzieci zakasują rękawy i sami zabierają się za budowę drogi. Nie podoba się to nie tylko okolicznym urzędnikom, ale także miejscowemu tyranowi – Don Totò – który stał się dla mieszkańców Africo samozwańczym i okrutnym przywódcą, wobec którego sprzeciw nie ma najmniejszego sensu. Czy pojawienie się postępowej nauczycielki, pochodzącej jakby z innego świata, zaszczepi w mieszkańcach chęć do zmian? Czy tragiczna śmierć będzie wystarczającą motywacją, by wszcząć bunt i narażać się tym, którzy mają większą władzę? Czy Africo ma szansę przetrwać w swojej niezmienionej formie jako wioska, w której czas się zatrzymał? Jeśli damy się porwać nieodpartemu urokowi tego filmu i jego melancholii, wkrótce poznamy odpowiedzi na te pytania.

aspromonte

Aspromonte to film smutniejszy, niż się spodziewałam. Podczas seansu dane jest nam obserwować schyłek pewnego świata i pewnych czasów, a nawet – pewnych wartości. Jest coś takiego w mieszkańcach Africo i w samej wiosce, co sprawia, że w sercu odbiorcy drgają struny, które rzadko są poruszane na co dzień. W Africo nie ma elektryczności – owszem; nie ma lekarza – niestety; nie ma drogi prowadzącej do cywilizacji – co przynosi fatalne skutki… Ale jest coś, czego nie uświadczy się obecnie w żadnym mieście, w żadnej współczesnej wiosce. Poczucie wspólnoty i odpowiedzialności za nią, empatię i bezinteresowną pomoc, która wybucha iskrą w sekundzie, w której jest potrzebna – bez namysłu, bez liczenia zysków i strat, bez strachu i braku czasu. Kiedy coś się dzieje, wszyscy rzucają to, co akurat robili, i biegną na pomoc. Wiedzą, że mogą na siebie liczyć. A to jest o wiele ważniejsze niż kanalizacja i elektryczność. To właśnie jest świat, który upada, który zostaje opuszczony, o którym niedługo pozostanie nam tylko opowiadać. Kiedy Peppe, którego śmiało można nazwać głównym bohaterem (choć tak naprawdę jest nim cała wioska), traci swoje świnie, co jest odwetem tyranistycznego Don Totò, nie pozostaje z niczym. Mężczyźni z wioski nie potrzebowali wiele czasu, by doskonale wiedzieć, co powinni zrobić. Wiedzą, jak dotkliwa jest strata całej zwierzyny. Kiedy przychodzą z pomocą, Peppe nawet nie musi wymawiać słowa: dziękuję. Wystarczy nieznaczne, zauważalne dla tego, kto się przypatrzy, kiwnięcie głową i błysk w oku. A widz czuje, że podziękowanie jest niepotrzebne, bo ci, którzy pomogli Peppe, doskonale wiedzą, że w odwrotnej sytuacji i oni nie byliby pozostawieni sami sobie. A taka świadomośc jest cenniejsza niż każde dziękuję tego świata.

Mieszkańcy Africo wydawać się będą przeciętnemu widzowi nieco egzotyczni – żyją bowiem kompletnie innym rytmem, w innym tempie… jakby poruszali się w takt zupełnie innej melodii niż ta, która gra nam w sercach na co dzień. Nasz taniec jest nowoczesny, prędki, a ruchy wydają się nieskoordynowane; przeszkadzamy sobie nawzajem, bo każdy potrzebuje coraz więcej przestrzeni i gadżetów, aby urozmaicić ten taniec. Ich taniec jest powolny, lecz rytmiczny, pełen gracji, ale i surowości; nie potrzebują dużo miejsca, bo towarzyszy im idealna synchronizacja ze sobą nawzajem, ale także harmonia z przyrodą, z rytmem dnia i nocy. Niemałe znaczenie ma także tło, na jakim przedstawieni zostają ci niecodzienni bohaterowie. Film został nakręcony w opuszczonej wiosce Africo, która w 1951 roku została zniszczona przez powódź. Kilka lat temu, kiedy byłam we Włoszech, miałam okazję zwiedzać podobne miasteczko – Apice Vecchia–  które również z dnia na dzień zostało opuszczone przez mieszkańców, tyle że powodem było trzęsienie ziemi. Zostawili wszystko z godziny na godzinę – w domach zostały sfatygowane fotele, rozrzucone sztućce, w niektórych z nich zwiedzający mogą znaleźć nawet dziecięce rysunki porzucone w chwili zagrożenia. Miasteczko robiło niesamowite wrażenie na żywo i muszę przyznać, że Africo jest do niego bardzo podobne – ma taki sam urok i swego rodzaju niesamowitą siłę opowieści, jaka drzemie w jego murach.

aspromonte

Aktorsko Aspromonte wypada równie dobrze. Choć głównym bohaterem jest poniekąd cała wioska, a na początku tekstu wspominałam o ludzkiej masie, to nie przeszkodziło to twórcom, by każdy, komu poświęcona zostaje chwila uwagi, czymś się wyróżniał. Bohaterowie tacy jak nauczycielka, Peppe, Poeta, Andrea, Cosimo czy Don Totò zapadają w pamięć. Świetnie spisał się na ekranie Francesco Colella, który stworzył postać z jednej strony surowego i małomównego, a z drugiej ciepłego i dobrego człowieka, który ceni lojalność, poczucie wspólnoty i ciężką pracę, ma także ogromny szacunek do drugiego człowieka. Peppe w jego wykonaniu ma w sobie coś, co przykuwa nasz wzrok i naszą uwagę – jego spojrzenie hipnotyzuje, a widz ma wrażenie, że odbijają się w nim same skrajności. Z jednej strony mężczyzna jest zdeterminowany i ambitny, chce za wszelką cenę wybudować drogę, z drugiej strony dostrzegamy w nim skrzywdzonego przez życie, wychowującego samotnie syna ojca, którego wiele rzeczy przerasta. Ciekawą, chyba najbardziej oryginalną kreację, stworzył także Marcello Fonte znany z filmu Dogman. Poeta, w którego się wciela, to – wbrew przydomkowi – trochę komentator rzeczywistości, a trochę jej zaklinacz; trochę błazen, a trochę narrator tragicznej historii. Niby stoi w samym środku życia w Africo, a widzowi wydaje się, jakby jednak stał z boku. Fonte dobrze uchwycił ducha tej postaci, jego tragikomiczną esencję, za którą – jak się domyślamy – stoi jakaś smutna opowieść. Nie poznajemy jej jednak. Tak samo, jak nie poznajemy historii nauczycielki (w tej roli jak najbardziej poprawna Valeria Bruni Tedeschi, znana między innymi z kreacji w filmach Zwariować ze szczęścia, Czas, który pozostał, Martwe wody), podobnie jak nie dane nam jest dowiedzieć się, co dokładnie stało się z matką Andrei i dlaczego Peppe wychowuje syna sam. Wielu tych odpowiedzi możemy się oczywiście domyślać lub snuć całkowicie od podstaw własne wytłumaczenia. Wynika to z bardzo ciekawego zabiegu, jaki zastosował w filmie reżyser i scenarzysta, Mimmo Calopresti, a mianowicie z tego, że w zasadzie o niczym nie jesteśmy informowani wprost lub w ogóle. Zostajemy wciągnięci w sam środek życia w Africo, w jego problemy i rutynę i nie dostajemy żadnych wskazówek, żadnych tłumaczeń, żadnych retrospekcji. Sami musimy odnaleźć się w świecie mieszkańców i z tych urywków, które otrzymujemy, ułożyć sobie wizję tego, jakie doświadczenia mogły wpłynąć na zachowanie i charakter mieszkańców. Na ich życie takim, jakie jest, i takim, jakie rysuje się w ich wyobrażeniach.

Aspromonte opowiada o schyłku pewnego świata i pewnych wartości. Ciepło, jakie emanuje od tych na pozór surowych i oszczędnych w emocjach ludzi współgra z barwami, które tworzą finalny obraz. Africo oświetlone jest przez promienie słoneczne, w których uwydatniony zostaje trud, jaki mieszkańcy wkładają w codzienne życie. Czy warto walczyć o ideały, jeśli efekt tej walki ostatecznie nie przyniesie wymiernych korzyści poza samym – jeśli uda się je osiągnąć – zwycięstwem? Reżyser nie odpowiada wprost na to pytanie, ale zakończenie filmu jest słodko-gorzkie. Pozostawia odbiorcę z pewnym żalem w sercu. Żalem za coś, co utracone, co już nie wróci, co przegrało walkę z czasem i pędem ludzkości. Film Mimma Caloprestiego jest z jednej strony pochwałą tamtego świata i zwizualizowaną tęsknotą za nim, a z drugiej strony świadomością, że nie miał on prawa dłużej istnieć. Mieszkańcy mogli trwać w swoim uporze i trudzie i budować drogę do cywilizowanej Mariny, ale wygrał pragmatyzm i troska o dobro przyszłych pokoleń – prościej i bardziej perspektywicznie było po prostu opuścić Africo i przenieść się tam, gdzie przynajmniej w teorii czeka lepsze życie.

Włoski obraz, choć nie jest dynamiczny ani jego założeniem nie było udowodnienie niesamowitego kunsztu aktorów, przykuwa widza do ekranu w magiczny sposób. Rozbudza w nim nostalgię za innym życiem i podziw dla ludzi, którzy żyją w sposób trudniejszy… a zarazem prostszy. Aspromonte trzyma w napięciu, ale jest to napięcie inne, niż znamy z filmów akcji – jest subtelne, eleganckie, melancholijne. Samo Africo natomiast urasta do rangi swoistego El Dorado. Złoty człowiek opuszcza je jednak, by stać się częścią nowoczesnego świata.

http://www.aurorafilms.pl/


Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Podobne wpisy:

Ocena ogólna8
8Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *