ulubieńcy grudnia

Ulubieńcy miesiąca: grudzień 2021

Styczeń to niezmiennie czas na wszelkie podsumowania minionego roku. I choć na to konkretne, całoroczne, przyjdzie jeszcze czas, to dziś chcielibyśmy się z Wami podzielić naszymi ulubieńcami z ostatniego miesiąca 2021 roku. Czym umilaliśmy sobie końcówkę roku? Co przyciągało nas przed ekrany telewizorów lub komputerów? Jakie książki wciągały nas i nie dawały o sobie zapomnieć? Sprawdźcie koniecznie, czytając poniższe zestawienie. Ulubieńcy grudnia może nie porażają obfitością, ale jak zwykle wybieraliśmy tytuły, które naprawdę towarzyszyły nam w ciągu całego miesiąca (albo i dłużej) i które uznaliśmy za godne polecenia. To, co ogrzewało nas w tym grudniowym miesiącu, być może i Wam przyniesie poprawę nastroju lub zajmie czas w nowym już, 2022 roku. Mamy nadzieję, że skorzystacie z naszych poleceń i będziecie nimi tak oczarowani, jak my! Zapraszamy do lektury.


Małgorzata Kilijanek

W grudniu w końcu udało mi się przeczytać Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku Zbigniewa Rokity, nagrodzoną tegoroczną Nike. Jak wyjaśnia sam autor: O swoich korzeniach wiedziałem mało. Nie wierzyłem, że na Śląsku przed wojną odbyła się jakakolwiek historia. Moi antenaci byli jakby z innej planety, nosili jakieś niemożliwe imiona: Urban, Reinhold, Lieselotte. Wraz z kolejnymi rozdziałami dzieli się odkryciami poszczególnych źródeł i rozmowami z tymi, którzy mogą wiedzieć więcej. Poszukuje własnej definicji śląskości i próbuje zrozumieć, czym jest silezjogonia. Gromadzi wspomnienia własne i cudze, tworząc swoją wersję śląskiej historii, a śledząc losy własnej rodziny, zapisuje historię wszystkich, których przeszłość tego rejonu dotyczyła. Przywołaniem prawdziwych zdarzeń podaje w wątpliwość definicje tożsamości i przynależności narodowej oraz pokazuje, jak wiele decyzji ich dotyczących nie było (i nie jest) równoznacznych z wolą obywateli.

Kajś ukazuje kompleksowość Górnego Śląska, Zagłębia i jego mieszkańców, ale też staje się bardzo ważnym głosem w kwestiach uchodźstwa. Wyjątkowo ciekawie prowadzona narracja niejednokrotnie zaskakuje i daje okazję do zastanowienia się nad własnym postrzeganiem granic oraz podejścia do drugiego człowieka. Rokita wyjaśnia, co znaczył dziadek w Wehrmachcie, podejrzewa, czym jest polska śląskość, rozmawia o separatyzmie, dewastacji Bytomia górnictwem i zabójstwach w obozie pracy Zgoda, a wraz z Grzegorzem Kulikiem zastanawia się, ile przetrwa ślōnsko gŏdka.

Jako Polak miałem tolerancyjny i kosmopolityczny pogląd na świat. Jako Ślązak – ksenofobiczny i agresywny. Jako Polak opowiadałem, że poradzimy sobie bez narodów, że mieszanie się kultur i języków to szansa, a kurczowe trzymanie się symboli szkodzi. Jako zaś Ślązak chciałem bronić tradycyjnych wartości, miałem pietra przed obcymi, obawiałem się, że ich obyczaje rozcieńczą naszą górnośląskość. Moje poglądy zależały od narodowości. Nie tylko miałem inne zapatrywania na różne rzeczy, ale miałem też różną narodowość na różne sprawy. – pisze Rokita.

Mam ochotę przytoczyć tu więcej fragmentów jego opowieści, ale zostaje mi szczere polecenie Wam literackiego spaceru po hałdach, przypatrywania się plebiscytowi i sowieckim wizytom na Śląsku, odrodzeniu Rzeczypospolitej, wielokrotnym zmianom nazwisk i nazw miejscowości czy też poznawania historii szmuglowania i tajnych badań nad ołowicą u śląskich dzieci.


Mateusz Cyra: 

Końcówka roku jest zwykle dla mnie tak zakręconym okresem, że nie mam zbyt wielu wolnych chwil dla siebie, dlatego, jeśli chodzi o różnorodność – będzie u mnie w tym miesiącu ciężko. Coś tam jednak zdołałem wyłuskać tylko dla siebie i wymienić pragnę tytuł, przy którym spędziłem dotąd piętnaście godzin: Hunt: Showdown, grę, którą sprezentował mi ostatnio redakcyjny kolega Noras [Mateusz Norek – przyp. red.]. Nie trawię gier typu battle royale i miałem swojego czasu obawy, że Hunt będzie kolejnym tytułem w tym stylu. Na szczęście okazało się, że w tej grze występują jedynie elementy wspólne ze znienawidzonym gatunkiem, a rdzeń rozgrywki polega na czymś zgoła odmiennym. Pokrótce: jesteśmy łowcą potworów w alternatywnej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych w XIX wieku. W tej wersji świata potwory z legend i mitów żyją naprawdę i naszym zadaniem jest tytułowe polowanie na nie, aby zebrać cenne trofea dla naszego stowarzyszenia łowców. Na mapie ląduje wspólnie 12 graczy i każdy staje do bratobójczej walki o trofeum za najważniejszą bestię na mapie. To mieszanka FPS z survival horrorem i z każdą kolejną rozgrywką kocham tę grę bardziej. Jest świetna, wymaga precyzji i odpowiedniego nasłuchiwania otoczenia i srogo kara za niezdecydowanie lub podejmowane w panice decyzje.  Do tego osadzona jest w bardzo fajnych realiach, a całości pomaga niesamowita oprawa muzyczna oraz udźwiękowienie samej gry. To świetny tytuł, głównie w kooperacji, i z pewnością będzie to jeden z tych tytułów, które zostaną ze mną na stałe. 


Anna Sroka-Czyżewska

Książka, o której chciałabym opowiedzieć w grudniowej odsłonie Ulubieńców, jest tak rewelacyjna i tak uniwersalna, że śmiało może ją czytać każdy… nie tylko fan literatury science fiction (ja nim nie jestem, ale są takie książki, które przeczytać trzeba), ale każdy czytelnik, który nie boi się trudnych pytań, trudnych tematów, a przede wszystkim przygniatających emocji. Kwiaty dla Algernona to klasyczna już powieść – wydana w 1966 roku, zawiera w sobie bardzo uniwersalny przekaz. Powieść Daniela Keyesa (znany również z Człowieka o 24 twarzach) to historia o poszukiwaniu drogi, ale także opowieść o bolesnej wędrówce w nieznane. Charlie Gordon jest umysłowo upośledzony, ma bardzo niski iloraz inteligencji, ale jest człowiekiem dobrodusznym, o ogromnym sercu i miłości dla bliźniego. Bierze on udział w eksperymencie mającym na celu dodanie mu IQ, podobnie jak laboratoryjna mysz, która już taki zabieg przeszła – Algernon. Charlie i Algernon stają w szranki, testując nawzajem swoją inteligencję i bystrość. Wkrótce Charlie ma stać się mądrzejszy i zdolniejszy niż ktokolwiek, kogo zdołał poznać w naukowym świecie. Forma powieści jest bardzo ciekawa, napisana z perspektywy Charliego, co zarazem ukazuje nam jego ścieżkę rozwoju, poznania, a także wszystko to, co dotyka go osobiście. Moim zdaniem to emocjonalna i do bólu szczera narracja, która pozwoliła mi zżyć się z bohaterem, przyjąć postawę współczującą i niezwykle szybko się wzruszyć. Polecę Kwiaty dla Algernona każdemu. Tak jak już wspomniałam – powieść tę czyta się na wielu poziomach, zawiera ona uniwersalne prawdy, przede wszystkim o nas samych, także o nas jako gatunku. Historia Charliego jest bardzo wzruszająca, pozwala nam dostrzec konstrukcję świata, to, jak patrzymy na siebie, a także to, jak patrzą na nas inni. To taka powieść, która zostaje na zawsze w sercu. 


Magda Przepiórka

Choć od premiery drugiego sezonu Wiedźmina (redakcyjny Wielogłos znajdziecie tutaj) minął już prawie miesiąc, stało się tak, że kontynuację przygód Geralta i spółki udało mi się obejrzeć dopiero kilka dni temu. Dlaczego? Wina w tym przede wszystkim moja, bo — nie ukrywam — niespecjalnie kusiła mnie myśl, aby do tego świata serialowego powrócić. Jednak z braku innych pomysłów na spędzenie jednego z zimowych wieczorów, w końcu po drugi sezon sięgnęłam. Odpaliłam pierwszy odcinek i… wpadłam. Historia o Nivellenie przedstawiona w tymże odcinku jest wszystkim tym, co mnie i w growym, i w książkowym Wiedźminie urzekło: problemy natury moralnej, niemożność wybrania najwłaściwszej opcji (bo jej po prostu nie ma), brak czarno-białej kreacji postaci, skupienie się na różnych odcieniach szarości oraz piękna i smutna baśniowa opowieść. I chociaż reszta drugiego sezonu nie sprawiła mi już tak dużej satysfakcji w kontekście czystej rozrywki, tak muszę przyznać, że serialowy Wiedźmin — tak przecież nieidealny, nierówno i momentami irytujący — ma w sobie coś, co sprawia mi ogromną frajdę odbiorczą. Mam tu na myśli ten specyficzny klimat i urok serialu wyjętego jakby z lat 90. (zarówno pierwszy, jak i drugi sezon momentalnie kojarzył mi się z nowozelandzkim hitem Xena: Wojownicza księżniczka). To czerpanie z produkcji klasy B, często kiczowata otoczka i patetyczność postaci podobają mi się na tyle, że bez wyrzutów przymykam oczy na słaby wątek elfów i nieangażujące postacie (z wyjątkiem świętej trójcy bohaterskiej w składzie: Geralt, Ciri oraz Yennefer). Takim to sposobem przejdę do tego, co — a dokładniej kto — mi się w nowym sezonie podobał najbardziej. Ciri, bo to właśnie o niej mowa, na spółkę z Geraltem świetnie sobie radzi z trzymaniem serialu na dwóch solidnych filarach. Przy tym już nie tyle zapowiada się, ile po prostu jest niezwykle interesującą postacią, której chciałabym na ekranie widzieć jak najwięcej. Podsumowując, mimo tego, że wielką fanką treści popkulturowych z obszaru fantasy nie jestem, to do tego nieidealnego i niespecjalnie kreującego się na coś bardziej ambitnego niż faktycznie jest, rozrywkowego Wiedźmina mam słabość. 


Patryk Wolski

Jako że serial Squid Game odczarował mi nieco azjatycką popkulturę, postanowiłem grzebać dalej, tym razem w świecie gier. Fanom cyfrowej rozrywki nie trzeba przypominać, że ten rejon świata to potężny rynek gier wideo, a przy tym również bardzo specyficzny i, nie ukrywajmy, momentami trudny do przełknięcia dla zachodniego odbiorcy. Mimo to udało mi się wsiąknąć w świat pierwszej części Yakuzy, ale o niej może opowiem kiedy indziej, ponieważ wcześniej zaangażowałem się w opowieść AI: The Somnium Files. Jest to gra przygodowa stylizowana na tzw. visual novel – dialogi praktycznie „robią” się same i jako gracz mamy właściwie zerowy wpływ na przebieg rozmów. Historia jednak od początku mnie wciągnęła, jako detektyw mamy do rozwiązania bowiem zagadkę brutalnej i tajemniczej śmierci kobiety znalezionej w opuszczonym parku rozrywki. Historia w pewnym momencie rozwarstwia się na kilka linii fabularnych, a żeby dojść do zaskakującego finału, należy przebyć wszystkie ścieżki fabularne. W ten sposób poznajemy pełną historię wszystkich bohaterów, a gra zachęca do interakcji ze wszystkimi możliwymi obiektami, nagradzając gracza ciekawostkami i zabawnymi dialogami. Ma to niestety swoją gorszą stronę, ponieważ niektóre rozmowy bywają bardzo szczeniackie i seksistowskie, co niestety w grach z tego regionu jest dość popularnym trendem. Kobiety prezentowane są tu w obcisłych ubraniach, biust wylewa się z niedopasowanej odzieży, a co więcej kobiece postacie mówią czasami tak obsceniczne teksty, że aż zęby trzeszczą w posadach. Gra jednak ma znacznie więcej plusów – poza intrygującą narracją oferuje również zanurzenie się w podświadomość podejrzanych postaci, więc tak jakby podróżujemy do snów innych osób. Co daje nam możliwość odwiedzenia bardzo różnych lokacji na modłę Psychonauts, a naszym zadaniem jest odblokować bariery, które blokują nas przed prawdą. Przy AI: The Somnium Files bawiłem się świetnie, a przejście gry zajmuje zaskakująco dużo czasu jak na przygodówkę – w moim przypadku było to 35 godzin. Ale nie żałuję!


Mateusz Norek

Dość zaskakującym ulubieńcem końcówki zeszłego roku został u mnie serial Cowboy Bebop, będący adaptacją jednego z naprawdę nielicznych anime, które z własnej, nieprzymuszonej woli, jeszcze w liceum oglądałem. I, mimo że unikam anime jak ognia, tak opowieść o kosmicznych łowcach nagród naprawdę mnie wciągnęła. O aktorskim serialu Netflixa dowiedziałem się na chwilę przed premierą i, mimo dość chłodnych recenzji, postanowiłem dać mu szansę. Po pierwszych dwóch odcinkach ja też miałem mieszane uczucia i chciałem dać sobie już spokój, ale jednak postanowiłem jeszcze obejrzeć jeden odcinek i, cóż – było warto, bo z każdym kolejnym było coraz lepiej. Zwyczajnie spodobała mi się ta stylistyka lekkiego retrofuturyzmu, docinający sobie cały czas główni bohaterowie i dziwne połączenie humoru z niekiedy naprawdę krwawą akcją. Przy okazji zrozumiałem też ogromną różnicę, między tym, jak odebrali serial wielcy fani anime, a jak ja, jako niedzielny widz, który oryginalnego Kowboja co prawda trochę oglądał, ale było to cholernie dawno temu. Te wszystkie niespójności i zmienione charaktery postaci nie bolały mnie w ogóle, podobnie jak niezaznajomionych z książkami nie bolały te rzeczy w serialu Wiedźmin. 

Cowboy Bebop to dobry tytuł na rozluźnienie, kosmiczny western, który często nie traktuje siebie zbyt poważnie, choć miejscami zaskakuje uderzeniem w mocniejsze tony. Widać tutaj gdzieniegdzie mały budżet, ale chemia między głównymi bohaterami wynagradza te niedoskonałości. Przy okazji dopiero teraz, po latach, dowiedziałem się, że tytuł oznacza styl jazzowy i tak – muzyka to też ważny i bardzo dobrze zrealizowany element serialu, wystarczy zresztą spojrzeć na tytuły odcinków.


Sylwia Sekret

To taki ulubieniec, który jest ulubieńcem już trochę dłużej niż jeden miesiąc, ale w grudniu chyba przewijał się najczęściej przez mój wolny czas. Po całym dniu, kiedy dziecko w końcu zasnęło i można było usiąść i coś obejrzeć, zazwyczaj wlatywało amerykańskie The Office. Myślałam, że po PrzyjaciołachBrooklyn 9-9 nie trafię już na serial komediowy, który tak wpisze się w moje poczucie humoru, który będzie mnie do siebie ciągnął, na którym będę się wciąż zaśmiewać i który totalnie oderwie mnie od rzeczywistości. I kiedy obejrzałam pierwszy odcinek The Office, nic jeszcze nie było przesądzone – wręcz przeciwnie. Pomyślałam wtedy – hola, hola, co to za potworek? Ale wystarczyło zrozumieć i wczuć się w konwencję, by nie tylko zaśmiewać się do niekiedy łez, ale także polubić lub znienawidzić niektórych bohaterów. The Office to także tytuł, który zaskakuje na wielu poziomach. Sama postać Michaela Scotta to temat na cykl artykułów albo i prace doktorskie. Serial ten potrafi wprowadzić w takie poczucie zażenowania, że ma się ochotę na chwilę wyjść z pokoju albo zasłonić oczy dłońmi. Wstydzimy się za bohaterów, a za chwilę pękamy ze śmiechu z powodu tego, co robią. Za kolejną chwilę z kolei jest nam ich żal. Ten serial cudownie umilał mi w grudniu wieczory, pozwalał się oderwać, odetchnąć, zapomnieć, wyluzować się przed snem, pośmiać. Niekwestionowany ulubieniec, do którego zresztą nie raz będę wracać. Wbrew pozorom nierzadko mądry i bardzo na czasie. W ten ponury czas wszedł po prostu jak złoto.  That’s what she said!

Fot. Netflix, Czarne, Rebis, Spike Chunsoft,  Crytek

ulubieńcy grudnia

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Małgorzata Kilijanek

Pasjonatka sztuki szeroko pojętej. Z wystawy chętnie pobiegnie do kina, zahaczy o targi książki, a w drodze powrotnej przeczyta w biegu fragment „Przekroju” czy „Magazynu Pismo”. Wielbicielka festiwali muzycznych oraz audycji radiowych (Radio Nowy Świat i Radio 357), a także zagadnień naukowych, psychologii społecznej i czarnej kawy. Swoimi recenzjami, relacjami oraz poleceniami dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami Głosu Kultury.

Anna Sroka-Czyżewska

Na zakurzonych bibliotecznych półkach odkrycie pulpowego horroru wprowadziło mnie w świat literackich i filmowych fascynacji tym gatunkiem, a groza pozostaje niezmiennie w kręgu moich czytelniczych oraz recenzenckich zainteresowań. Najbardziej lubię to, co klasyczne, a w literaturze poszukuje po prostu emocji.

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.