Marzec wkradł się w nasze życie niepostrzeżenie, zostawiając w tyle króciutki luty, który mimo tylko dwudziestu ośmiu dni obfitował w istotne wydarzenia popkulturalne. Za nami ceremonia przyznania Złotych Malin, Oscary, Festiwal Sundance, Berlinale i… jeśli chodzi właśnie o filmy, to bezpowrotnie minął miesiąc najbardziej obfity w wartościowe produkcje, które mogliśmy obejrzeć na salach kinowych. Oczywiście nie samą kinematografią człowiek żyje, dlatego wbrew pozorom w zestawieniu nie królują filmy! W dzisiejszej odsłonie podsumujemy mijający miesiąc, zachwycając się muzyką, muzycznymi teledyskami, literaturą, serialami, wystawami oraz bezpłatnymi grami sieciowymi, które biją wszelkie rekordy popularności.
Jesteśmy również ciekawi, jacy byli Wasi faworyci! A jeśli jesteście zainteresowani naszymi – zapraszamy do lektury i liczymy, że nasi Ulubieńcy lutego podszepną Wam jakąś kulturalną perełkę, która i Was urzeknie.
Mateusz Cyra

Drugą połówkę lutego moje muzyczne serce skradła Daria Zawiałow i kolejny utwór promujący jej nadchodzącą płytę Helsinki. Jednak żeby być w pełni dokładnym, muszę wspomnieć, że tak naprawdę chodzi o teledysk, który w połączeniu z piosenką Szarówka wywołuje w odbiorcy piorunujące wrażenie! W chwili, w której powstaje ten tekst, wideo do najnowszego singla polskiej artystki ma ponad 760 tysięcy wyświetleń, a wynik ten osiągnięto w mniej więcej 15 dni. To cudowna wiadomość, tym bardziej że zarówno piosenka, jak i wydźwięk teledysku, zasługują na to, aby dotrzeć do możliwie najszerszej grupy odbiorców.
Daria Zawiałow już poprzednią płytą udowodniła niesamowitą dojrzałość artystyczną, a nowe single promujące Helsinki w zasadzie tylko podnoszą poprzeczkę, która tkwiła i tak dość wysoko. Pozwolę sobie tym razem pominąć kwestie muzyczne (choć te – jak już wspomniałem – są po prostu czołówką światową) i skupię uwagę na samym teledysku. Samochód, cudowny psiak na tylnym siedzeniu i kierowca jadący… gdzieś na koniec tytułowej szarówki. Kierowca wysiada, wypuszcza psa, rzuca mu piłkę i czym prędzej odjeżdża. Dalej nie chcę się już zagłębiać w temat – bo to trzeba obejrzeć samemu. Ten teledysk powinien być jednocześnie ogólnopolską kampanią społeczną, wyświetlaną Polakom w każdym możliwym miejscu – na sali kinowej zamiast niejednej durnej reklamy, w komunikacji miejskiej, w telewizji publicznej oraz niepublicznej… Może choć część z nas wykazałaby odrobinę empatii? Może choć część z nas zrozumiałaby wreszcie, że psa bierze się do domu nie dlatego, żeby spełniał kaprys nasz bądź naszych dzieci, ale dlatego, że te cudowne istoty potrzebują kochającego dwunoga, który zapewni mu opiekę, ciepło i pełny brzuszek.
Najcenniejsze w tym, co zrobiła Daria Zawiałow oraz cały sztab ludzi odpowiedzialnych za powstanie tego teledysku, jest to, że są osoby takie jak ja, dla których każde wyświetlenie wiąże się z potokiem łez, niezależnie od tego, jak dobrze znam każdy wers oraz każdą scenę. Autentycznie nie mogę wyjść z podziwu, że są wciąż artyści, którzy wykorzystują swoją pozycję do czegoś dobrego i nie robią tego na pokaz albo dlatego, że doradził im tak jakiś specjalista do spraw wizerunku, bo zaczynają spadać notowania. Bo tak szczere akcje, jak Szarówka, są w dzisiejszych czasach wszędobylskiego fałszu na wagę złota. Serdeczne dzięki za tak piękne teledyski oraz za tak silny głos w ważnej sprawie.
Sylwia Sekret

Główną bohaterką Crazy Ex-girlfriend jest oczywiście czyjaś była dziewczyna. W dodatku nieco szalona. Już sam początek i opis serialu brzmią jak fabuła tandetnej komedii romantycznej z niezbyt wyrafinowanym humorem, prawda? I tak też pomyślałam, kiedy produkcja ta wyskoczyła mi w propozycjach na Netflixie. Ostatnio jednak daję szansę różnym gatunkom i lubię ryzykować, jeśli chodzi o seriale. Poza tym nie obyło się bez dowiedzenia się o serialu czegoś więcej w odmętach Internetu (stąd ów spoiler). Rebecca Bunch to młoda, utalentowana i ambitna prawniczka, której właśnie zaproponowano w kancelarii, w której pracuje, awans będący sporym wyróżnieniem. I kobieta zapewne przyjęłaby go bez mrugnięcia okiem, za to skacząc ze szczęścia, gdyby nie to, że chwilę wcześniej, zupełnym zrządzeniem losu, spotkała na ulicy Nowego Jorku dawnego znajomego. Nie oszukujmy się jednak. Nie jest to zwykły znajomy, lecz nastoletnia miłość kobiety z czasów letniego obozu. Na początku odcinka dostajemy zresztą tytułem wstępu retrospekcję ukazującą ich rozstanie, kiedy to on, znudzony letnim romansem i dramatyczną postawą dziewczyny, postanowił z nią zerwać tuż przed pożegnaniem. Przypadkowe spotkanie po latach nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości w widzu, że bohaterka wcale nie zapomniała o Joshu, a wszystkie uczucia, wybuchły w jej sercu na nowo. Postanawia więc, zupełnie nagle, rzucić dotychczasową pracę i przeprowadzić się w ślad za ukochanym do West Coviny w Kalifornii.
Wiem, brzmi tandetnie, głupio i płytko. Ale wiecie co jest w tym serialu najlepsze? Że on w zasadzie wyśmiewa te wszystkie elementy, których nie brakuje w tego typu serialach. Nie wspomniałam również o najważniejszym – serial jest na wpół musicalem. W każdym odcinku mamy przynajmniej dwie piosenki śpiewane przez bohaterów (w głównej mierze Rebeccę, ale nie tylko). A – gwoli ścisłości – ja nie przepadam za musicalami! Warto jednak wiedzieć, że są one stylizowane na przeróżne style muzyczne, ukazując niejednokrotnie ich wady i mankamenty; poza tym często parodiują konkretne utwory i konkretnych artystów, jak np. ABBĘ, Shakirę, Bruno Marsa czy Eda Sheerana. I niejednokrotnie wychodzi to po prostu prześmiesznie.
Rebecca Bunch denerwuje, irytuje i potrafi doprowadzić widza do szewskiej pasji (dodajmy też, że nie jest typową serialową pięknością, za co kolejny plus dla produkcji). Ale wiedza, jaką zdobywamy w trzecim sezonie o tej bohaterce, poniekąd zmienia nasz punkt widzenia. Twórcy sporo ryzykowali, każąc czekać widzom tak długo. Moim zdaniem jednak ryzyko to się opłaciło, a Crazy Ex-girlfriend okazało się serialem, który umilił mi większość lutowych wieczorów i poranków, a czasem także i nocy. Ostrzegam jednak – to nie jest serial dla wszystkich. Trzeba odnaleźć się w tej stylistyce i zaakceptować ją. Jednak jeśli razem z twórcami będziemy wyśmiewać się z wielu motywów i parodii – możemy również ten serial pokochać. Ja z niecierpliwością czekam aż na platformę Netflix trafi 4. sezon, bo brakuje mi tego specyficznego humoru i wielu, naprawdę wielu prztyczków w nos – nos zarówno innych produkcji, jak i po prostu ludzi.
Wiktoria Ziegler

jak to skąd / z człowieka / zawsze z człowieka / i tylko z człowieka.
Przykre to. A Franz Kafka powiedział:
Sądzę, że powinniśmy czytać tylko ten rodzaj książek, które nas ranią i przeszywają […] Potrzebujemy książek, które wpływają na nas jak katastrofa […]. Książka musi być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas.
Takich książek Wam życzę.
Anna Sroka-Czyżewska

Pierwszy raz wydany w Polsce jesienią 2018 roku Omen to nic innego, jak jeszcze bardziej mroczna i przekraczająca granice historia znana z kultowego już filmu. Wydana w Stanach Zjednoczonych, jako książka promująca film, miała być jedynie zabiegiem marketingowym, a okazała się niezwykle sprawnie napisanym horrorem, w niczym nieustępującym najlepszym powieściom grozy. W przeciwieństwie do Egzorcysty pióra Williama Petera Blatty’ego, Omen, w wersji powieściowej, nie zdobył takiego rozgłosu. Trudno się temu dziwić, bowiem książka ta to tylko nowelizacja scenariusza, a one bywają w zasadzie skazane na porażkę. Mimo wszystko Seltzerowi udało się stworzyć powieść godną, miejscami przyprawiającą o gęsią skórkę, a częściej o dreszcz obrzydzenia. Fragmenty te, z wiadomych przyczyn, nie mogły znaleźć się na ekranie, ale w doskonały sposób dopełniają znaną nam historię, lepiej motywując postępowania postaci i rozbudowują wątki pobieżnie zarysowane w filmie. Mroczny klimat, który niewątpliwie jest jedną z najsilniejszych stron książki, odpowiedni suspens, wspomniane wcześniej odważne sceny, dobrze prowadzona akcja oraz solidne zakończenie to atuty, na które niewątpliwie składa się powieść Seltzera. Mnie samej z trudem czytało się niektóre fragmenty, a jestem wielką fanką grozy w każdej postaci. Jednak aspekt religijny, obsceniczne satanistyczne rytuały i demoniczne dziecko, które okazuje się apokaliptyczną bestią, to wątki sięgające najmroczniejszych stron wiary, religii i kościoła.
Omen to powieść grozy z prawdziwego zdarzenia, dobrze napisana, emocjonująca i ciekawa. To w końcu historia już kultowa, a miłośnicy gatunku niewątpliwie powinni poznać jej literacką wersję. Typowy wątek walki dobra ze złem jest świetnie wykreowany, a złowrogi klimat i niepokojący rozwój wydarzeń nie powinny nikogo pozostawić obojętnym.
Małgosia Kilijanek

Kolejny utwór, który zajmował podium na mojej lutowej liście odtwarzacza to najnowszy singiel brytyjskiej grupy Foals, która zapowiedziała na ten rok wydanie dwóch albumów. Mają one poruszać niepokojące tematy dotyczące współczesności, takie jak ocieplenie klimatu, ciągła inwigilacja i odczuwalna niepewność. Exits, bo o nim mowa, to indierockowa zapowiedź Everything Not Saved Will Be Lost – Part 1. W nieco surrealistycznym klipie do utworu, z którego brzmienia nie tak łatwo oczyścić umysł, pojawia się aktor Gry o tron, Isaac Hempstead Wright, wcielający się w serialu w Brana Starka oraz francuska aktorka Christa Théret.
Singiel, który wywołał we mnie największe emocje, to Szarówka Darii Zawiałow. Przyprawił mnie o szybsze bicie serca i łzy w kącikach oczu… Teledysk, o którym wspomniał już wyżej Mateusz, to istna gra na emocjach, o wyjątkowo mądrym przekazie. Mam ogromną nadzieję, iż oprócz obdarzania odbiorców wzruszeniem, zmusi też do myślenia, jasno pokazując, że zwierzę to nie zabawka. Pozostając w muzycznym klimacie, muszę wspomnieć jeszcze o koncertach. W warszawskiej Sali Miłosza w PKiN 14 lutego odbył się koncert Joanny Longić i Hani Rani, czyli duetu Tęskno. Dziewczyny zaprezentowały wyjątkowe wersje utworów z płyty Mi, a obok nich na scenie pojawiła się gościnnie Misia Furtak. O płycie Misi pisałam już w Ulubieńcach stycznia. Jeżeli jednak nie znacie Mi oraz Co przyjdzie?, to zapraszam Was do zapoznania się z tymi pięknymi propozycjami. W lutym udało mi się również uczestniczyć w Wielkomiejskim Tourze Dawida Podsiadły i przekonałam się, że w filharmoniach da się stworzyć taneczne widowisko… Śmiem twierdzić, iż o Dawidzie w naszych ulubieńcach miesiąca wspominałam już wiele razy, ale póki co wszelkie opisy Małomiasteczkowego przedsięwzięcia i własne wrażenia zawarłam w recenzji.
Na koniec dodam jeszcze wątek artystyczny. W minionym miesiącu zwiedziłam Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Stambule, w którym wystawione są dzieła czołówki awangardowych twórców tureckich. Przyjemnie było zobaczyć w nim neonowe instalacje Sarkisa Zabunyana, którego prace gościły wcześniej w warszawskiej Zachęcie. Jednak za jedną z faworytek wśród tureckich artystów uznałam Mehtap Baydu, która w swej twórczości skupia się na tematach indywidualności w społeczeństwie. Jej performance z 2012 roku zaprezentowano na ekranie w muzealnej sali. Polegał na nakładaniu na siebie wielu sukienek i skupiał się na metaforze przybierania ról społecznych przez kobietę w trakcie jej życia, a następnie ich utraty. Warstwy sukien związane były z uwięzieniem ciała oraz utratą indywidualności. Na skłaniającej do przemyśleń ekspozycji znalazła się również rzeźba o podobnej wymowie.
Jakub Pożarowszczyk

Na pierwszy rzut ucha Gruzja to bezczelny, najbardziej obskurny black metal, jaki tylko można sobie wyobrazić. Dodając do tego totalnie chory growl wokalisty, mamy idealną receptę na płytę, która powinna trafić jedynie do absolutnie wąskiego grona maniacs, którzy lubią grzęznąć w błotnistym mule dźwięków. Jednak Gruzja ma zdecydowanie więcej do zaoferowania, niż nam się wydaje. Po pierwsze teksty, w których nie ma lasu, mgły, pogańskich bożków i innych takich tam, tylko jest nihilizm, pot, ulica, brud, brudna miłość, bocznice kolejowe i negowanie wszechobecnej estetyzacji i kultu… galerii handlowych. Naiwne? Wcale nie. Teksty pozostawiają olbrzymie wrażenie, fakt są trochę grafomańskie, za to posiadają mnóstwo odniesień do krajowej popkultury, jak chociażby w świetnym Manam. Słowa zawarte na I iść dalej niejednokrotnie potrafią wstrząsnąć słuchaczem, jak doskonały liryk w Opuść mnie (Czy wzrusza cię porno z młodości?/czy widzisz ich ciała dzisiaj poplamione łzami?). Nie dziwią mnie więc porównania do krakowskiej Odrazy, natomiast chyba te dwa zespoły należy porównywać na poziomie lirycznym i wizerunkowym, bo muzycznie to jednak nieco inna para kaloszy. Kończąc ten przydługi wywód, powiem, że I iść dalej to doskonały album, z charakterem i pomysłem na siebie, który pokazuje nieco inne spojrzenie na ekstremalne granie.
Mateusz Norek


Fot.: M2 Films, Netflix, Świat Książki, Vesper, PIAS Poland, Godz ov War Productions, mymusic, Respawn Entertainment










