VHS Nostalgia #1: “Commando” (1985)

VHS Nostalgia

Nostalgia, lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte XX wieku, kasety video, a na nich amerykańskie filmy akcji, w których twardziele pokroju Arnolda Schwarzeneggera, czy Sylvestra Stallone’a kopali tyłki złoczyńcom. Wszystko to stanowić będzie podstawę cyklu artykułów VHS Nostalgia, które chciałbym Wam, drodzy Czytelnicy, przedstawić. Nie będą to typowe recenzje, raczej moje własne myślotoki i relacje „na żywo” z oglądanych po latach klasyków kina klasy B. Pojawią się w nich fale wspomnień i cytaty, przenoszące mnie (i być może także tych z Was, którzy owe czasy pamiętają) do chwil, kiedy jako dziewięcio- góra trzynastolatek, wpatrywałem się z fascynacją w ekran telewizora, na którym wyświetlały się filmy z pirackich kaset VHS (a były to czasy, kiedy w Polsce nie istniało jeszcze pojęcie piractwa). Pamiętam chwilę, kiedy mój tata kupił magnetowid, a na pierwszej kasecie jaką mieliśmy, nagrane zostały aż dwa filmy! A były to nie byle jakie tytuły, tylko prawdziwe hity – Commando, a zaraz po nim Cobra. I to właśnie tej pierwszej produkcji dotyczyć będzie niniejszy tekst, jako że jednocześnie był to też mój pierwszy film oglądany na domowym odtwarzaczu video.

Commando, w reżyserii Marka L. Lestera, premierę miało w 1985 roku, w Polsce na kasetach VHS pojawiło się jednak nieco później. W swoich czasach był to jeden z największych klasyków kina akcji (zaraz obok drugiej części przygód Johna Rambo) i uważany jest za rekordzistę pod względem natężenia przemocy i liczby trupów, których pada tam ponad osiemdziesiąt! (czyli film w sam raz dla dziewięciolatka). Commando trwał zaledwie 90 minut (zresztą mało która produkcja przekraczała wtedy ten czas), ale były to minuty napakowane akcją i obrazami działającymi na wyobraźnię zapatrzonych w ekrany dzieciaków, które później biegały po podwórku z patykami udającymi karabiny M16.

Od czasu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Commando, minęło około 30 lat (tak, pamiętam jeszcze jak dinozaury chodziły po ziemi). Teraz postanowiłem odświeżyć ten ekscytujący tytuł i sprawdzić, jakie zrobi na mnie wrażenie w 2018 roku. To, co przeczytacie dalej, można nazwać streszczeniem, jest to jednak relacja „na żywo”, z zapisków przeprowadzanych na bieżąco w trakcie seansu. Tak więc, żeby nie było nieporozumień (i jeśli jest na świecie ktoś, kto jeszcze nie widział Commando) – poniższy tekst streszcza fabułę całego filmu, czyli mówiąc krótko, jest to jeden wielki spoiler. Wyobraźcie sobie, że jesteście na koloniach, a ja opowiadam Wam, jaki super film widziałem ostatnio na video.

Zaczynajmy!

Pierwsza scena i już zalewa mnie fala wspomnień z dzieciństwa. Wyłaniająca się zza horyzontu śmieciarka wjeżdżająca na typowe amerykańskie przedmieście. A na śmieciarce dwójka zabójców, w tym jeden grany przez Billa Duke’a (znanego lepiej jako Mac z Predatora), którzy z zimną krwią załatwiają faceta, który przybiegł za nimi z workiem śmieci. Następnie ci sami ludzie eliminują jeszcze dwie osoby, a my możemy tylko zgadywać, o co w tym wszystkim chodzi. Co te ofiary mają ze sobą wspólnego? To pytania, na które nie poznamy odpowiedzi jeszcze przez co najmniej dziesięć minut.

A potem następuje pierwsze wejście głównego bohatera – wielkie muskuły i ogromny pniak (prawie całe drzewo) na jego barkach. Szybko jednak okazuje się, że cały ten image twardziela to tylko przykrywka kryjąca czułego i kochającego ojca młodziutkiej Alyssy Milano. Wchodzą napisy początkowe – Arnold Schwarzenegger w filmie Commando. A ilustrują to pięknie sceny, które zdecydowanie kojarzą się z kinem akcji – Arnie z córką, jedzący lody, karmiący z ręki sarenkę, itp. Jednym słowem sielanka. Ojciec i córka spędzający razem tzw. quality time.

Piękne chwile zakłóca jednak przeszłość, która upomina się o Arnolda. Bowiem grana przez niego postać – pułkownik John Matrix, to były komandos z jednostki specjalnej, teraz już przebywający na zawodowej „emeryturze”. Sielankowy spokój burzy przybycie wojskowego helikoptera, na pokładzie którego znajduje się dawny dowódca Matrixa, który informuje go, że ktoś zabija dawnych kompanów z jednostki Arnolda (a więc to właśnie łączyło zabójstwa z początku filmu, co za niespodzianka!). A potem zaczyna się to, na co czekali wszyscy miłośnicy talentu aktorskiego Schwarzeneggera – strzelanina! Córka zostaje porwana, a nasz bohater postawiony przed ultimatum – albo wykona pewną brudną robotę dla złych gości, albo Jenny (czyli córka) umrze.

Do tej pory największą falę wspomnień i nostalgii wywołało pierwsze ujęcie… butów Arnolda oraz zjazd z góry uszkodzonym przez bandytów samochodem.

W każdym razie, Arnold nie daje sobie w kaszę dmuchać, przechytrza złoli i wyrusza na osobistą wendetę połączoną z odbiciem córki. Od tego momentu zapomnijcie o karmieniu sarenek i zajadaniu lodów. Teraz Arnie naprawdę się wkurzył i przeszedł w tryb „full commando”!

Cała fabuła opiera się na dość prostym szkielecie – były dyktator fikcyjnego państwa Val Verde, niejaki Arius (Dan Hedaya), chce żeby Matrix zabił obecnego prezydenta tego kraju, aby móc odzyskać władzę. Pewność, że Arnold wykona zadanie, zapewnić ma jego córka przetrzymywana jako zakładniczka. Złoczyńcy powinni jednak wiedzieć, że nie warto w ten sposób denerwować Schwarzeneggera, nasz bohater ma bowiem własny plan.

Kolejna fala wspomnień na widok jednego z głównych przeciwników Matrixa – jego dawnego kolegi z jednostki, Bennetta (Vernon Wells), który odszedł w niesławie, bo za bardzo spodobało mu się zabijanie. A konkretnie na widok jego wydzierganej kamizelki, która wygląda jak kolczuga (prawdę mówiąc, to do dziś byłem przekonany, że była to prawdziwa kolczuga!).

Matrix zabija eskortującego go bandziora, po czym wyskakuje ze startującego samolotu (!) i rusza na ratunek córce. Oczywiście nie mogło w tym miejscu zabraknąć jednego z kultowych tekstów Arnolda, wygłoszonego zaraz po tym, jak skręcił kark siedzącemu obok niego w samolocie wspomnianemu bandziorowi, po czym poinformował stewardessę:

Proszę nie budzić mojego kolegi, jest ŚMIERTELNIE zmęczony.

Od teraz Arnold ma tylko 11 godzin (właśnie tyle ma trwać lot do Val Verde), aby odnaleźć i uratować swoją córkę. Matrix wraca na lotnisko i z pomocą spotkanej stewardessy, Cindy (Rae Dawn Chong), śledzi drugiego z ludzi Ariusa – Sully’ego (David Patrick Kelly), który doprowadza ich do centrum handlowego.

Cindy, porwana wbrew własnej woli, z początku boi się Arnolda, ale kiedy ten wyjaśnia jej sytuację, zaczyna mu coraz bardziej ufać i postanawia wziąć udział w misji „uwolnić córkę”. Ale to dopiero potem, najpierw bowiem napuszcza na niego ochroniarzy z centrum handlowego. Wywołane tym zamieszanie zwraca uwagę Sully’ego, który rozpoznając Matrixa, pędzi do najbliższej budki telefonicznej (wiem, że trudno w to uwierzyć, ale akcja działa się w czasach “przedkomórkowych”), aby poinformować swojego przełożonego, że Arnold uciekł.  Od tej pory wyścig z czasem nabiera tempa.

Kolejna fala nostalgii na widok żółtego Porsche 911, którym wozi się Sully, oraz w momencie, kiedy Arnold dosłownie wytrząsa go z budki telefonicznej, a potem, niczym Tarzan, skacze na dmuchanej linie (?).

Matrix rusza w pościg za Sullym i ostatecznie dopada go na opuszczonej drodze. Wyciąga z niego potrzebne informacje i bezwzględnie eliminuje kolejnego przeciwnika. Okraszone jest to kolejnym kultowym cytatem.

Matrix: Pamiętasz jak powiedziałem, że zabiję cię na końcu?

Sully: Tak powiedziałeś!

Matrix: Kłamałem.

[ chwilę później ]

Cindy: Co z nim zrobiłeś?

Matrix: Puściłem go.

[ kurtyna ]

Informacja zdobyta od Sully’ego doprowadza Arnolda do niejakiego Cooke’a (Bill Duke, czyli zabójca ze śmieciarki z samego początku filmu), który jakoby ma znać miejsce pobytu Ariusa. Matrix, razem z Cindy, która dość swobodnie zaakceptowała już sytuację i zaczęła ochoczo pomagać naszemu bohaterowi, trafiają do motelu, gdzie Cooke miał spotkać się z Sullym. Arnold oczywiście rozprawia się z Cookiem w jedyny sposób, jaki zna.

Cooke: Boisz się, frajerze? Powinieneś. Byłem w Zielonych Beretach i skopię ci tyłek!

Matrix: Zielone berety jadam na śniadanie, a teraz jestem głodny jak wilk.

Fala wspomnień napływa w scenie śmierci Cooke’a, który ginie w dość niefortunny sposób, nadziewając się na… nogę od krzesła (chyba, bo prawdę mówiąc, to do teraz nie jestem pewny, co to właściwie było).

Krwawe śledztwo po trupach doprowadza Matrixa i Cindy do magazynu, w którym we wcześniejszej części filmu Arius przetrzymywał Arnolda. Tam z kolei dowiaduje się, że jego ostatecznym celem jest wyspa, na której znajduje się rezydencja dyktatora. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, Cindy potrafi pilotować awionetkę, którą za chwilę wspólnie ukradną, ale nie uprzedzajmy faktów, najpierw bowiem czas na zakupy! Arnold włamuje się do sklepu z militariami i kompletuje imponujące uzbrojenie. Beztroskie „zakupy” przerywa jednak policja, która aresztuje Matrixa. Stróże prawa na szczęście nie wiedzą o Cindy, która odbija Arniego za pomocą wyrzutni rakietowej (!).

Teraz, oboje już w trybie „full commando”, porywają awionetkę i lecą na wyspę Ariusa. Matrixowi zostało już naprawdę niewiele czasu, kiedy rankiem docierają do celu (jednocześnie samolot ze śmiertelnie zmęczonym kolegą również ląduje na lotnisku w Val Verde).

W tym miejscu pojawia się kolejna fala nostalgii i jednocześnie najbardziej ikoniczna scena w całym filmie: Arnold przygotowujący się do akcji. Wiązanie sznurowadeł wojskowych butów, zasuwanie zamka kamizelki wypełnionej zapasową amunicją i granatami, nóż, spluwa, kamuflaż na twarzy. W jednej łapie karabin, w drugiej wyrzutnia rakiet… Teraz już spokojnie może zacząć krwawą jatkę i rozpętać prawdziwe piekło!

Dalsza część filmu to już trup ścielący się gęsto. Matrix wykańcza ludzi Ariusa z łatwością, z jaką małpa obiera banana. Pociski latają w powietrzu jak szalone, lecz oczywiście żaden nie trafia Arnolda, za to każdy jego strzał jest celny. Tak to bywa, kiedy gra się na kodach…

Ale, ale, cóż to? Ktoś jednak go trafia! (chyba tylko po to, żeby nadać scenie trochę dramatyzmu). Ranny Arnold traci całą broń i ratuje się ucieczką do szopy. Tam z pomocą przychodzą mu narzędzia, które znaleźć można w każdej szopie: piła tarczowa, widły, maczeta… Potem jest już z górki, z kolejnych trupów Matrix zdziera zdobyczną broń i kontynuuje swój marsz po trupach.

Tutaj następuje kolejna słynna scena, kiedy Arnold strzela z CKM-u opartego na biodrze, w drugiej ręce trzymając szybko topniejący pas z amunicją.

Stos trupów się powiększa, a Matrix jest coraz bliżej celu. Na jego drodze stoi jeszcze jedna, trudna przeszkoda – Bennett! Dawny kolega, a obecnie śmiertelny wróg, posiadający skille dorównujące Arnoldowi (o Ariusie nawet nie ma co wspominać, ten bowiem zbiera kulkę niczym jeden z jego żołdaków i szybko schodzi ze sceny). Finałowa walka rozgrywa się w jakiejś kotłowni, a dwójka komandosów ściera się w epickim pojedynku na noże. Napędzane testosteronem mięśniaki wymachują ostrzami, a szala zwycięstwa przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę, dla podkreślenia dramatyzmu dając trochę przewagi Bennettowi, któremu udało się ranić Matrixa i nieco go osłabić. Wszyscy jednak wiemy, kto wygra to starcie, prawda?

Złoczyńca kończy przebity ciśniętą przez Arnolda rurą, który kwituje sytuację kultowym one-linerem:

– Spuść trochę pary, Bennett!

A mogłoby się to skończyć zupełnie inaczej, gdyby Bennett nosił prawdziwą kolczugę, zamiast takiej wydzierganej przez babcię na drutach…

Kiedy nie ma już złoczyńców do zabijania, Arnie i córka padają sobie w objęcia i wszystko kończy się happy endem.

Ostatnia fala nostalgii napływa przy finałowej scenie: Matrix i Jenny wracają do awionetki, w której czeka na nich Cindy, a potem wszyscy razem odlatują w kierunku horyzontu.

Napisy końcowe.

Dziękuję za uwagę.


Commando

 

Tytuł: Komando

Tytuł oryginalny: Commando

Reżyseria: Mark L. Lester

Scenariusz: Steven E. de Souza

Gatunek: Akcja

Rok produkcji: 1985

W rolach głównych: Arnold Schwarzenegger, Rae Dawn Chong, Dan Hedaya, Vernon Wells, David Patrick Kelly, Alyssa Milano, Bill Duke

Ocena: 6/10

 

 

Commando (1985) – Official Trailer (Arnold Schwarzenegger)

Fot.: Silver Pictures, Twentieth Centrury Fox Films

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

3 komentarze

  1. Jack napisał(a):

    Commando był jaki był,ale dzisiejszym filmom typowo rozrywkowym daleko do poziomu humoru i akcji jako prezentował.Kiedyś filmów nie robiona na lapu-capu jak ma to miejsce dziś.Fajna recenzja,fajnego na Maxa filmy.

  2. Darek Mazz napisał(a):

    Genialne są te Wasze nowe cykle! Commando wspominam bardzo przyjemnie, jednak od wyczynów późniejszego Gubernatora bardziej wolę to, co wyprawiał Sly w swojej młodości. Ten gościu może Ci zapewnić materiałów pewnie na 10-15 odcinków ;).

    Fajnie też, że Nostalgia VHS opisuje stare filmy, ale bierze na warsztat filmy typowo rozrywkowe, z jajem i rozwałką w przeciwieństwie do Zakurzonego projektora, który zapowiada podejście ambitniejsze. Dzięki temu każdy będzie rad! Pozdro z trasy !

    • Michał Bębenek napisał(a):

      Dzięki za miłe słowa :) Stallone też będzie częstym gościem tego cyklu. Mały sneak-peek: Kolejna VHS Nostalgia dotyczyć będzie filmu, o którym wspominam na początku tego wpisu. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *