Książki,Recenzje

Z ręką na sercu – Mark Bowden – „Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon” [recenzja]

ostatni trop
ostatni trop

Kryminalnymi zagadkami interesuję się od kilku lat i choć sprawa tajemniczego zaginięcia sióstr Lyon jest jedną z głośniejszych, to nie zdarzyło mi się na nią natrafić. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia, ale być może powód jest niezwykle prozaiczny – otóż moja ulubiona youtuberka, zajmująca się właśnie tego typu sprawami, nie zrobiła nagrania na ten temat. I choć zdarza mi się słuchać także podcastów i oglądać filmy innych twórców oscylujących wokół tej tematyki, sprawa sióstr Lyon była mi obca do momentu sięgnięcia po książkę Marka Bowdena Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon. Książki, która wciąga w niewytłumaczalny sposób, biorąc pod uwagę fakt, jak została napisana, na czym się skupia i jak wyglądało całe śledztwo wznowione po niemal 40 latach. Publikacja ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego pod szyldem serii reporterskiej. 

Siostry Lyon – 10-letnia Katherine i 12-letnia Sheila – ostatni raz były widziane 25 marca 1975 roku. Tego dnia, jak już zdarzało im się niejednokrotnie, poszły do pobliskiego Wheaton Plaza – centrum handlowego, w którym czasami spędzały czas, między innymi jedząc ulubione potrawy w Orange Bowl. To właśnie przed tą restauracją były widziane przez jednego z kolegów ze szkoły, gdy rozmawiały z jakimś starszym mężczyzną z magnetofonem. Jeśli trafi się na tę sprawę, przeszukując Internet, można niejednokrotnie spotkać się z informacją, że siostry były widziane również później, kiedy szły drogą, prowadzącą do swojego domu. Ostatni trop milczy na ten temat. Co więcej – jest to informacja, która wydaje się zupełnie sprzeczna z rzeczywistością, wyłaniającą się strona po stronie z zeznań świadka, do którego przesłuchań postanowiono wrócić po 38 latach. Sprzeczna z przerażającą rzeczywistością, jak niestety nietrudno się domyślić, biorąc pod uwagę to, że minęły niemal cztery dekady od zaginięcia Katherine i Sheili.

Tytułowy ostatni trop można nazywać różnie. Można powiedzieć, że po tych 38 latach był to szczęśliwy traf detektywów, którzy po dekadach wrócili do tej sprawy. Można mówić o czuwaniu opatrzności, jeśli jest się osobą wierzącą. Można spojrzeć na to również z innej strony i szukając winnych, nazwać ów ostatnio trop po prostu zaniedbaniem, bez którego być może sprawa ta zostałaby rozwiązana jeszcze w 1975 roku. Kto wie, być może jej finał byłby zupełnie inny? Jednak nazewnictwo, jakim będziemy operować, nie zmieni w tej sprawie zupełnie niczego, a faktem jest, że dla oddziału, który po wielu latach otworzył ponownie sprawę zaginięcia sióstr Lyon, były to wykańczające dwa lata przesłuchań i analiz. Dwa lata, które ostatecznie w końcu przyniosły jakieś odpowiedzi, a sprawa finalnie została uznana za rozwiązaną. Nieważne zatem, czy mowa o zaniedbaniu przed laty, czy o niezwykłej intuicji lub szczęściu po latach. Ważne, że sprawa ruszyła na nowo, a rodzina dwóch blondwłosych dziewczynek, które patrzą na nas z rozbrajającymi uśmiechami z okładki książki, może zamknąć etap, podczas którego ich bliscy (jestem w zasadzie pewna) nie przespali w pełni żadnej nocy.

Ostatnim tropem, który zmienił wszystko, okazały się zeznania świadka, wtedy 18-letniego Lloyda Lee Welcha, który twierdził, że widział dziewczynki w towarzystwie opisywanego przez świadków mężczyzny i, co więcej, później widział również, jak były wpychane przez niego do samochodu. Upalony trawką Lloyd wrócił do Wheaton Plaza dopiero po tygodniu, by opowiedzieć, czego był świadkiem. Jego przesłuchanie niewiele jednak wniosło do sprawy. Nie wtedy. I nagle, po 38 latach, śledczym, którzy od nowa zaczęli analizować tę sprawę krok po kroku, rzuciło się w oczy zdjęcie Lloyda dołączone do jego zeznań. Było ono bowiem niezwykle podobne do rysopisu stworzonego na podstawie zeznań dziewczynki, która wtedy, 25 marca 1975 roku, również była w Wheaton Plaza i skarżyła się, że pewien starszy chłopak wpatrywał się intensywnie w nią i grupę koleżanek, z którymi była, a nawet wydawało się, że je śledzi. Kiedy śledczy zaczęli szukać Lloyda, żeby jeszcze raz go przesłuchać, okazało się, że aktualnie odsiaduje on wyrok za molestowanie nieletniej. To oczywiście sprawiło, że jego przesłuchanie stało się pilniejsze i ważniejsze, niż wcześniej sądzono. Warto dodać również, że początkowo detektywi kierowani byli nadzieją, że Lloyd pomoże im, jako naoczny świadek, udowodnić winę Raymondowi Mileskiemu, który od początku rozpoczęcia śledztwa, wtedy, 38 lat temu, a także teraz, po tylu latach, był głównym podejrzanym. Kluczowe w pierwszym spotkaniu z Welchem było przygotowanie śledczych, a także element zaskoczenia. Wizyta musiała  być do końca ukrywana przed osadzonym tak, by nie mógł on się przygotować do rozmowy na temat zaginięcia sióstr Lyon. By element zaskoczenia mógł w pełni zadziałać na korzyść detektywów. Niestety nie do końca się to udało.

Od tego momentu zaczyna się, nazwijmy to, główna akcja książki Marka Bowdena. Śledczy przez dwa lata będą wracać do Lloyda Lee Welcha, wyłuskując od niego z anielską wręcz cierpliwością nowe informacje. Informacje – podkreślam to słowo – nie fakty. Rozmowa z Welchem to bowiem każdorazowo festiwal kłamstw, półprawd, nieprawd, zmyśleń, dopowiedzeń i niedopowiedzeń. Z tak patologicznym kłamcą nie spotkałam się jeszcze ani na kartach powieści, ani w żadnym filmie, ani w żadnym serialu. Co więcej, kłamstwa zdają się wychodzić z ust Lloyda niemal siłą rozpędu, napędzając go do kolejnych. Najbardziej zadziwiające w jego osobie jest jednak to, że za każdym razem, kiedy śledczy przyłapywali go na kłamstwie, i to w taki sposób, że nie dało się temu zaprzeczyć, więzień zupełnie nic sobie z tego nie robiąc, nie czując absolutnie żadnego zażenowania, tkał po prostu kolejną sieć swoich bzdur okraszonych zapewne gdzieniegdzie prawdą. Jedna wpadka zobowiązywała go po prostu jedynie do wymyślenia nowej historyjki. Lloyd wciąż powoływał się również na to, że w tamtych czasach był wiecznie upalony i wszystkie swoje luki w pamięci (jak również późniejszy popęd seksualny do nieletnich, który zaprowadził go za kratki) tłumaczył narkotykami i swoim wypalonym mózgiem

Głównym bohaterem książki Bowdena, obok Lloyda, jest mężczyzna, który w największym stopniu skupił się na przesłuchiwaniu Welcha, który poświęcił temu spory kawałek życia, który stracił chyba najwięcej nerwów podczas tej sprawy i któremu ostatecznie w jakiś nikły sposób udało się dotrzeć do swojego rozmówcy na tyle, by sprawa po wielu latach ruszyła z miejsca. Tym mężczyzną jest Dave Davis, który od początku grał rolę „dobrego policjanta”, który wplątał się w udawaną przyjaźń z Lloydem, który poskramiał go, ujarzmiał i udobruchiwał – wbrew obrzydzeniu i pogardzie, jaka sama cisnęła się na usta i do głowy podczas spotkań z tym patologicznym kłamcą i pedofilem. Wszystko  po to, by choć odrobinę sprawiedliwości stało się zadość. Nawet po tylu latach. Dave nie był przypadkowym człowiekiem wybranym do tego zadania. Mężczyzna był uważany za speca, jeśli chodzi o przesłuchania. Na początku książki czytamy:

Ten element policyjnego fachu Dave’owi szczególnie odpowiadał. Podejrzani widzieli przed sobą człowieka, nie jego odznakę, i lubili go, czasami na tyle, by zdradzić zaskakujące i obciążające dla nich samych informacje. Jak ujął to jeden z kolegów: „Dave wydaje się bardzo szczery, nawet wtedy, gdy w ogóle nie jest szczery”.

Jednak nie tylko Dave Davis był zaangażowany w sprawę zaginięcia, do którego doszło przed laty. Zespół liczył więcej członków, a wśród nich wymienić należy chociażby sierżanta Chrisa Homrocka, zastępcę prokuratora stanowego Pete’a Feeneya, Marka Janneya (który w opozycji do swojego kolegi Dave’a odgrywał rolę „złego policjanta”, co w przypadku Lloyda było o wiele łatwiejszym zadaniem), a także śledczą zwerbowaną już w trakcie przesłuchań – Katie Leggett, specjalistkę od badań wariografem. Faktem, który w moich oczach podnosi wartość książki, jest to, że jej autor, Mark Bowden (uznany twórca literatury faktu, którego Helikopter w ogniu został przeniesiony na wielki ekran i zyskał ogromną popularność) nie zainteresował się sprawą zaginięcia sióstr Lyon na potrzeby książki; również jemu, podobnie jak wielu osobom, towarzyszyła ona przez te 38 lat, kiedy pozostawała nierozwiązana. Jako dziennikarz zajmował się tą sprawą od samego początku, był wysyłany tam, gdzie wydawało się, że dzieje się coś związanego ze sprawą. Dzięki temu sam doskonale pamiętał, jak mocno zaginięciem dziewczynek w Waszyngtonie żył cały kraj, jak wielu ludzi było zaangażowanych w poszukiwania. Pamiętał również rodzinę Lyon – ojca i matkę dziewczynek, a także ich starszego brata. Ta sprawa już wtedy odcisnęła na pisarzu swoje piętno i z pewnością napisanie tej książki było dla niego doświadczeniem w pewnym sensie ambiwalentnym. Z jednej strony musiało to być dla niego oczyszczające i być może spisanie tej historii zdjęło mu pewien ciężar z ramion, z drugiej jednak strony na nowo uderzył go tragizm tej sprawy, cierpienie rodziny i samych dziewczynek.

Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon to książka w moim odczuciu dość nietypowa. Mark Bowden posługuje się standardowym językiem, nie ma tu miejsca na żadne upiększenia ani przemyślenia samego autora. Na czym więc polega jej wyjątkowość? Ostatni trop to bowiem w dziewięćdziesięciu procentach zapis rozmów, jakie w ciągu tych dwóch lat śledczy prowadzili z Lloydem Lee Welchem. W głowach niezdecydowanych czytelników może pojawić się (zrozumiała oczywiście) wątpliwość: czy książka, która na pięciuset stronach zawiera niemal wyłącznie zapis przesłuchań świadka sprzed lat, może być w ogóle angażująca? Jeśli ktoś waha się nad lekturą właśnie z tego powodu, uspokajam – książka wciąga jak diabli, a kolejne rozmowy z Lloydem czyta się niemal tak, jakbyśmy to my sami w nich uczestniczyli. Jest to o tyle zaskakujące, że więzień ma w zwyczaju powtarzać wciąż to samo, zmieniając jedynie szczegóły, sam siebie pogrążając i uświadamiając śledczym, jak wielkim jest kłamcą. Jednak często schemat rozmów jest ten sam, a bywają i takie przesłuchania, z których nie dowiadujemy się wiele nowego. Te rozmowy często bywają męczące, a czytelnik czasami ma ochotę po prostu wedrzeć się do pokoju przesłuchań i przywrzeć Lloyda do muru, żeby w końcu wyjawił całą prawdę. Nie ma bowiem nic gorszego w takich sytuacjach, niż być już tak blisko rozwiązania zagadki, a jednocześnie tak daleko. Ostatni trop okazuje się bowiem wyjątkowo kapryśny, sprawiający mnóstwo problemów, kłamie na potęgę, a do tego trzeba obchodzić się z nim jak z jajkiem.

Trzeba bowiem przyznać, że tytuł Ostatni trop jest niezwykle adekwatny, bo śledczy nie mają oprócz zeznań Welcha, które muszą wyciągać z niego w pocie czoła podczas wielogodzinnych przesłuchań, kompletnie nic. Paradoksalnie, choć to oni są przedstawicielami prawa, a on jedynie skazańcem w kajdankach, to on ma nad nimi większą władzę, bo wie o rzeczach, które są jedynymi dowodami zbrodni sprzed lat. Czytelnik ma natomiast okazję niemal od kuchni poznać pewne techniki przesłuchań, zagrywki policjantów i triki (niektóre nie do końca zgodne z prawem). Pod koniec książki jesteśmy wyczerpani psychicznie – podobnie jak sami śledczy. Wyczerpani kłamstwami Lloyda, jego kręceniem, jego plątaniem się w zeznaniach, jego przysięgami, od których robi się niedobrze, a którym i tak nikt nie wierzy. Z ręką na sercu! Na życie moich dzieci! Na Biblię! – powtarza wciąż, do znudzenia, Lloyd, tkając kolejne kłamstwo.

ostatni trop

Lektura książki Ostatni trop wyczerpuje i uświadamia, jak męcząca bywa praca detektywa. Niejednokrotnie wyobrażamy ją sobie przecież jako dni wypełnione akcją, jako pościgi za przestępcą, nagłe zwroty, odkrywanie kolejnych fascynujących dowodów, krótkie przesłuchania wielu świadków, które szybko okazują się przełomowe. Wyobrażamy sobie arcyciekawe zbieranie materiału dowodowego, porównywanie odcisków palców, DNA, przełomowe nagrania z kamer. Książka Bowdena po pierwsze przypomina, że jeszcze niedawno detektywi mieli o wiele trudniejsze zadanie, ponieważ wiele technik nie było dostępnych, a po drugie uzmysławia, jak żmudna potrafi być to praca, jakiej cierpliwości i wyrzeczeń wymaga, i jak potrafi wykończyć psychicznie. Sprawy, które po wielu latach są otwierane na nowo, wywołują wiele ekscytacji, ponieważ można zastosować do nich właśnie współczesne techniki, co często skutkuje przełomami i rozwiązaniem dawnych zagadek, które przez lata spędzały sen z powiek zarówno śledczym, jak i rodzinom ofiar. Tajemnicza sprawa zaginięcia sióstr Lyon w dużej mierze nie otrzymała takiej szansy. Dowody, które można by przebadać, albo się nie zachowały, albo nie zostały odnalezione, albo (co boli chyba najbardziej) zostały źle zabezpieczone i zwyczajnie (czy raczej: niezwyczajnie) zaginęły. Wydaje się, że nad sprawą sióstr Lyon ciążyło i ciąży nadal jakieś fatum. Jakby wszystko sprzysięgło się, aby nigdy nie rozwiązano tej zagadki do końca.

Książka Marka Bowdena pozostawia nas z pewnym rozczarowaniem i niedosytem, ale nie dlatego, że została źle napisana (wręcz przeciwnie) albo że autor umyślnie pozbawił nas satysfakcjonującego finału. Niestety to sama rzeczywistość (a może raczej: Lloyd Lee Welch) pozbawiła czytelnika, detektywów, a przede wszystkim rodzinę Lyon finału tej sprawy. Bo choć sprawa została uznana za rozwiązaną, wciąż piętrzą się pytania, a ciał dziewczynek nigdy nieodnaleziono. W tym momencie na myśl przychodzi mi osławiona sprawa dzieci z Kurim, a raczej wstęp, jaki do filmu o tej sprawie (który znajdziecie tutaj) nagrała Jaśmin, zajmująca się zagadkami kryminalnym:

Chociaż zapadły już wyroki, winni poszli za kraty […], czyli sprawiedliwość została wymierzona, więcej w tej prawie jest pytań niż odpowiedzi.

I takimi słowami można by również streścić sprawę sióstr Lyon. Czy znaczy to jednak, że prowadzone z mozołem śledztwo, wznowione po tylu latach, które pochłonęło mnóstwo czasu, pieniędzy i nerwów, minęło się z celem? Że okazało się bezowocne i zakończyło porażką. Oczywiście, że nie. Śledczy dzięki swojej intuicji, swojemu uporowi i odporności psychicznej otworzyli na nowo dręczącą wielu ludzi sprawę, dowiedzieli się wielu rzeczy, przesłuchali mnóstwo osób, o których 38 lat temu nikt nawet by nie pomyślał. Wyszły na jaw nowe fakty i ostatecznie udało się stwierdzić, że Lloyd Lee Welch jest winny. Czy wyłącznie uprowadzenia? Czy uprowadzenia i wykorzystania seksualnego? Czy uprowadzenia, wykorzystania seksualnego i morderstwa? No to pytanie czytelnicy muszą sobie odpowiedzieć sami. Z książki Ostatni trop, choć głównie jest ona festiwalem kłamstw patologicznego łgarza, pedofila, narkomana i jednocześnie ofiary swojej rodziny, w której molestowania nieletnich, kazirodztwo, alkohol i przemoc były na porządku dziennym, dowiemy się również, w jakim stopniu rozległy klan Lloydów był lub mógł być wmieszany w porwanie i morderstwo Katherine i Sheili.

Nie dowiemy się natomiast z książki Bowdena, jaka była rodzina Lyonów, jak przez 38 lat się zmieniła, jak tak niewyobrażalna tragedia odbiła się na nich i na ich relacjach. Nie dowiemy się zbyt szczegółowo, jakie były Katherine i Sheila, poza zdawkowymi informacjami o tym, że Sheila (starsza) była raczej spokojna i miała łagodne usposobienie, natomiast Katherine (młodsza) była dzieckiem bardzo żywiołowym i opisywana była jako typ chłopczycy. Te fakty natomiast nie tyle służą przybliżeniu czytelnikom postaci dziewczynek, ile są istotne dla sprawy. Nie dowiemy się również z książki Ostatni trop, jak na wznowienie sprawy po latach zareagowali rodzice dziewczynek i poza naprawdę lapidarną relacją z sali sądowej podczas ogłoszenia wyroku, nie dowiemy się także, jaka była ich opina o decyzji sądu. Wspominam o tym nie dlatego, że uważam to za wadę książki, lecz z tego względu, że wiem, iż wiele osób, które żywo interesują się sprawami kryminalnymi, duży nacisk kładzie właśnie na to, aby jak najwięcej dowiedzieć się o ofiarach i ich rodzinach, aby przybliżyć te osoby, aby odprzedmiotowić je i jednocześnie uczłowieczyć. Aby nie były tylko numerkiem kolejnej sprawy. Ma to na celu jednocześnie postawienie ofiary wyżej w hierarchii wartości i znaczenia niż oprawcę, co może mieć znaczenie również moralne. Nawet dla naszego sumienia, kiedy poznajemy jakąś sprawę. Jednak w przypadku Ostatniego tropu zupełnie zrozumiałe wydaje się pominięcie tego aspektu. Mark Bowden skupia się niemal wyłącznie na przesłuchaniach Lloyda Lee Welcha i to on jest – chcąc nie chcąc – głównym bohaterem tej opowieści. A ponieważ dla samego skazanego siostry Lyon były wyłącznie epizodem, częścią rozrywki, jak skręt czy puszka z piwem, to nie znalazło się dla nich zbyt wiele miejsca w książce.

Wydawnictwo Poznańskie zdecydowało się natomiast na umieszczenie zdjęcia sióstr Lyon na okładce książki Ostatni trop, a zdjęcie to stanowi nie tyle centralną jej część, ile wręcz tworzy ją w całości, pozostawiając jeszcze miejsce na tytuł i autora. Zdjęcie – widocznie stare (lub postarzone dla wywołania konkretnego efektu), tak jakością różniące się od współczesnych, wykonywanych czy to profesjonalnym aparatem, czy smartfonem – jest pełne nostalgii i dziecięcej niewinności. I właśnie dlatego okładka jest jednocześnie niezwykle mocna i niepokojąca. Nawet bowiem, jeśli sięgający po nią przyszły czytelnik nie zna sprawy sióstr Lyon, to spojrzawszy na tytuł, od razu domyśli się, że dziewczynek nie spotkało nic dobrego. Katherine i Sheila na zdjęciu zdobiącym okładkę Ostatniego tropu uśmiechają się i jest to o tyle bolesne, że mniej więcej wiemy, jaki los spotkał te dwie urocze blondynki, które tamtego feralnego dnia wybrały się do Wheaton Plaza, by po prostu spędzić miło dzień. Książka podzielona jest na 13 rozdziałów, a czcionka jest jak najbardziej spójna z resztą wydania. Nie jest ani za mała, więc nie zmęczy oczu czytelnika, ani nie za duża, dzięki czemu nie przekłamuje objętości książki. Po spisie treści, a przed właściwą lekturą, znajdziemy natomiast mapkę, na której wyszczególnione zostały najważniejsze dla sprawy miejsca, co uważam za interesujący i pomocny akcent.

Godziny, tygodnie, miesiące, a wręcz lata przesłuchań, zeznań, kłamstw i kolejnych wersji „prawdy” – na tym właśnie opiera się książka Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon. Jej lektura jest żmudna, ale nie w sposób, który zniechęcałby do lektury, lecz w sposób, który uzmysławia nam, jak ciężką (przede wszystkim psychicznie) pracę, wykonali przez ten czas detektywi. Lektura zarówno rodzi nadzieję, że nie zawsze sprawy, które przez lata były nierozwiązane, pozostaną takie już na zawsze, jak i studzi nieco zapał, który budzą w nas inne dzieła popkultury, każące wierzyć, że współczesne techniki stosowane w kryminalistyce wystarczą, by dokonać cudu. Na cud niestety za późno było dla rodziny Lyon. Jednak dwuletnia praca śledczych nie poszła na marne. Rodzina dostała w końcu jakieś ukojenie, a sprawa zakończyła się tam, gdzie powinna od samego początku – w sądzie. 

Intuicja może podpowiadać nam różne rzeczy. Że Lloyd jakimś cudem był niewinny i jedynie został wyjątkowo niefortunnym świadkiem wydarzeń. Że był winny jedynie połowicznie, a wielu równie, bądź o wiele bardziej, winnych, umarła na wolności lub nadal stąpa po ziemi nieskrępowana wyrokiem sądu. Że wiemy już prawie wszystko o tym, co wydarzyło się 40 lat temu, jak również, że wiemy w zasadzie tyle, ile przed wznowionym śledztwem. Ostatni trop pozostawia swojemu czytelnikowi ogromne pole do własnych tez i domysłów, bo i samo życie nie pozwoliło niestety do końca ujawnić całej prawdy. Najdobitniej pokazują to jedne z ostatnich stron książki, które przybliżają nam teorie czterech najbardziej zaangażowanych w sprawę śledczych. Mają one oczywiście wspólny mianownik (choćby Welcha), ale różnią się od siebie – w zależności od ich intuicji, doświadczeń życiowych i zawodowych, a także wiedzy, jaką przez lata nabyli o ludziach. Takie zakończenie popycha nas poniekąd do tego, abyśmy sami również wysnuli swoją teorię. I trudno tego po lekturze nie zrobić, bo przeróżne teorie i domysły same cisną się na usta i kłębią się w głowie. Ta sprawa jest zbyt przerażająca i jednocześnie tak bardzo zwyczajna, dziejąca się na oczach wszystkich i dotykająca zwykłych szarych ludzi, by nami nie wstrząsnąć i nie zapaść nam w pamięć. To, jak został w książce przedstawiony Lloyd Lee Welch (a raczej jak sam siebie przedstawił), tylko podkreśla tragizm całego wydarzenia. A dwie dziewczynki spoglądające z uśmiechem z okładki książki na długo pozostaną w głowach czytelników, mimo że w ich własnej historii jest ich tak niewiele. 

Przedrzeźniając upalonego niegdyś nastolatka urodzonego w niewyobrażalnie patologicznej rodzinie, a obecnie starego, zgarbionego mężczyznę, który w duchu jednak pozostał tak samo zakłamany i pozbawiony jakiejkolwiek empatii, jak kiedyś, wspomnę na koniec, że z ręką na sercu – naprawdę: z ręką na sercu – oznajmiam, a nie mam powodu, żeby kłamać (w przeciwieństwie do niego), że jest to książka obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się tego typu sprawami i lubują w gatunku true crime. Jej nietypowość polegająca na byciu w zasadzie zapisem przesłuchań tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Jeśli dacie radę bez uszczerbku na zdrowiu poznać prawdopodobną historię Katherine i Sheili Lyon, to sięgnijcie po Ostatni trop. Naprawdę warto.

 

Fot.: Wydawnictwo Poznańskie, Fox23, wtopnews, newser


Przeczytaj także:

Recenzja serialu Schody

Wielogłos o serialu Na miejscu zbrodni: Zaginięcie w Hotelu Cecil

Podobne wpisy:

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *