Filmy,Recenzje

Zjadłem te śliwki – Jim Jarmusch – “Paterson” [recenzja]

paterson
paterson

Jim Jarmusch nie jest moim ulubionym reżyserem. Tak naprawdę widziałam do tej pory tylko jeden film, który “wyszedł” spod jego reżyserskiej ręki – był to obraz Broken Flowers, na którym, choć miałam co do niego dobre przeczucie i spore nadzieje, momentami odrobinę się nudziłam. Dlatego do wybrania się na seans Patersona nie skłoniła mnie osoba reżysera i scenarzysty, a aktora, który wciela się w główną, tytułową rolę. Czy sympatia ta wystarczyła jednak, abym nie żałowała czasu spędzonego w kinie? Czy Paterson to jeden z tych filmów o niczym, czy jednak ma w sobie coś, co sprawi, że będzie o nim głośno?

Stany Zjednoczone, stan New Jersey, miasto Paterson. O godzinie mniej więcej 6.15 wewnętrzny budzik głównego bohatera sprawia, że ten otwiera oczy, przytula się na chwilę do swojej śpiącej wciąż żony Laury, po czym wychodzi z łóżka, bierze z krzesła naszykowane wczoraj, złożone w kostkę ciuchy na dzisiaj i idzie do kuchni, gdzie zjada porcję płatków z mlekiem. Chwyta w dłoń pojemnik z naszykowanym przez ukochaną drugim śniadaniem i wychodzi do pracy. Następnie widzimy go siedzącego w autobusie linii 23, którym wkrótce wyjedzie z zajezdni. Wykorzystuje te ostatnie chwile, by zapisać coś w swoim Sekretnym Zeszycie, w notatniku, w którym gromadzi swoje zwykłe, niezwykłe wiersze. Już po chwili musi jednak wyjeżdżać, notes idzie więc na moment w zapomnienie, a Paterson, bo właśnie tak nazywa się ów bohater, prowadząc, przysłuchuje się z ciekawością, a czasem z uśmiechem na ustach, rozmowom pasażerów, których wiezie. Później przerwa na drugie śniadanie, a kiedy mężczyzna wraca do domu, może podziwiać, co nowego zmalowała Laura. Kobieta w artystycznych zapędach maluje w czarno-białe wzory niemal wszystko, co się da – zasłony prysznicowe, firanki, ściany, a nawet ubrania, które ma akurat na sobie. Po wspólnej kolacji Paterson wychodzi z psem (z którym nie za bardzo się lubią) na spacer. Buldog zostaje ostatecznie jednak przywiązany niedaleko baru, w którym jego pan posila się zimnym piwem. Tak mija poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek. W weekend jest trochę inaczej, bo Paterson nie idzie do pracy, a Laura udaje się na jarmark, na którym sprzedaje babeczki. Później znów przychodzi poniedziałek i wszystko zaczyna się od nowa. Nuda – pomyślicie. Banał – stwierdzicie. Film o niczym – pokiwacie głowami z uznaniem dla własnego zdania.

Jednak Paterson przyciąga i hipnotyzuje swojego widza. Nie nudzimy się podczas seansu, choć akcja nie jest ani na moment szybka, zagmatwana czy choćby – ale tylko z pozoru –  interesująca. Jesteśmy świadkami tygodnia z życia kierowcy autobusu, który kocha swoją żonę i pisze wiersze. A jednak Jarmusch pokazuje to tak, że oglądamy zwykłe życie zwykłego człowieka z zapartym tchem, śledząc jego losy, śmiejąc się z drobnostek i rozmyślając nad wielkimi sprawami. Film jest powolny, niemal monotonny, leniwy i sunący. Niespieszność akcji idealnie dopasowała się (lub została dopasowana) do głównego bohatera, a nawet samego aktora, którego długie kończyny i szczupła sylwetka, a także blada twarz, nasuwają na myśl kogoś osłabionego, flegmatycznego. Ale Paterson od samego początku wzbudza w widzu niezwykłą sympatię. W zasadzie niewiele mówi i równie niewiele się wokół niego dzieje, ale jego życie i jego osoba nas fascynują – chcemy więcej wiedzieć i więcej widzieć. Chcemy jeszcze bardziej wejść w jego zwyczajny i jednocześnie dziwny świat pełen czarno-białych wzorów, babeczek, wierszy o zapałkach i chrumkania niezadowolonego psa.

Jest też w Patersonie spora doza symboliki lub, jeśli nie być zbyt patetycznym, powtarzalności. Nie da się nie zauważyć, że od kiedy Laura wspomina głównemu bohaterowi, że chciałaby mieć dwójkę dzieci, najlepiej bliźnięta, wokół bohatera zaczyna roić się właśnie od bliźniąt. Czy powinno mieć to jakieś większe znaczenie, czy może reżyser chciał raczej podkreślić fakt, że wiele rzeczy zaczynamy zauważać dopiero wtedy, gdy nasza uwaga zostanie na nie bezpośrednio zwrócona? Tego swoistego dualizmu jest zresztą w filmie więcej – Paterson to zarówno nazwisko głównego bohatera, jak i nazwa miasta, w którym żyje. Tak też zatytułował swój poemat ulubiony poeta naszego bohatera, William Carlos Williams (zapewne nie bez powodu wybrany przez reżysera twórca). Są jeszcze złączone dwa palce turysty, który przysiada się do Patersona na ławce. Są dwa zeszyty – Patersona i jednej z bliźniaczek, nazywane przez nich tak samo. Są te same lub podobnie brzmiące zdania wypowiadane przez inne osoby, które nie miały okazji ich zasłyszeć u tego, kto wypowiedział je po raz pierwszy. Są dwa kolory – biel i czerń – którymi ozdabia swój i Patersona świat Laura. Jest nazwisko aktora, które jednocześnie określa zawód bohatera, w którego ten się wciela. Jest podwójność życia głównego bohatera, który w jednej chwili jest zwykłym kierowcą zwykłego autobusu, by w następnej czytać poezję i samemu ją tworzyć. Z jednej strony to połączenie poezji i bardzo zwykłego i przyziemnego zawodu, który skutkuje na co dzień spotykaniem zwykłych ludzi i obserwowaniem ich zwykłych czynności, jest niecodzienne, z drugiej jednak – nie ma w nim nic dziwnego. Analogia do Williama Carlosa Williamsa nasuwa się sama – on również nie parał się wyłącznie poezją, ale zarabiał na życie jako lekarz.

Szara codzienność przepełniona rutyną na przemian zdaje się nie pasować i harmonizować z liryką. Ostatecznie jednak wygrywa harmonia, tym bardziej że Paterson tworzy wiersze proste, opowiadające o codziennych zdarzeniach i napotkanych osobach. Jest w tym jednak mnóstwo uroku i piękna, o czym świadczy przede wszystkim dobór słów. Williams także tworzył właśnie takie utwory liryczne – pozbawione rymów, stworzone z ułamków zwykłego życia. Za przykład niech posłuży ten, który najbardziej upodobała sobie w filmie Laura – Chcę ci tylko powiedzieć że:

zjadłem te śliwki
które były w
lodówce

i które
chciałaś pewnie
zachować
na śniadanie

Nie gniewaj się
tak mi smakowały
były takie słodkie
i zimne

(Przekład – Stanisław Barańczak)

Jeśli szukać czegoś podobnego wśród polskich poetów, na pewno wymienić można twórczość Jacka Podsiadły, który również korzysta z tego, co widział, co mu się przydarzyło, i opisuje to – raz niezwykle prosto, innym razem w sposób bardziej wysublimowany. I w zasadzie tak można określić także dzieło Jima Jarmuscha. Jeśli ktoś zapytałby, o czym właściwie jest ten film, można śmiało powiedzieć, że o życiu – o tym, co przynosi i jak próbować je okiełznać. W tygodniowym wycinku z życia Patersona otrzymujemy miłość (dojrzałą, bo skłonną do poświęceń, a jednocześnie momentami niepozbawioną jakiejś dziecięcej radości, zwykłą i unikatową zarazem – choć nie jesteśmy świadkami płomiennego romansu między Patersonem i Laurą, to nie brakuje między nimi uczucia, przede wszystkim jednak jest ono spokojne i wyciszone, pełne gracji i przyjaźni; dopiero w wierszach mężczyzny miłość ta pozwala sobie na większe wybuchy), pracę, wycieczki do baru, rozmowy z żoną, z przechodniami, zasłyszane dialogi pasażerów, przemyślenia o wszystkim i o niczym, spacery z psem, wstawanie rano. Słowem – rutyna. Ale z tej rutyny reżyser wydobywa proste piękno, melancholię, spokój, poezję. Pomagają temu stonowane kolory, spokojna muzyka i ujęcia nienachalne, choć często zbliżenia są dość wyraźne.

Do tego wszystkiego dochodzi to, co w dużej mierze zadecydowało o finalnym efekcie – dobór aktorów i ich praca na planie filmu. Adama Drivera upodobałam sobie (myślę, że mogę tak powiedzieć) po jego roli w serialu Dziewczyny. Jego gra była niezwykle świeża i naturalna, a on sam świetnie wpasował się do roli, którą mu powierzono. Później widziałam go jeszcze w filmie Powiedzmy sobie wszystko i tam również zagrał bardzo dobrze. Mam dla niego ogromną sympatię zarówno przez to, jak gra, ale także dlatego, że wybija się w jakiś sposób na tle większości aktorów. Nie jest jednym z tych wymuskanych przystojniaków, żaden z niego Gosling czy Pitt. Jest chudy i wysoki, jego ręce i nogi sprawiają wrażenie bardzo długich, przez co często ma się wrażenie, patrząc na niego, że jego ruchy są nieskoordynowane, a on sam ciamajdowaty. Z jego twarzy, również niezbyt przystojnej, choć mającej w sobie coś przyciągającego, bije jakiś spokój, jakieś dziwne zrozumienie. Jak już zaznaczyłam na wstępie, to właśnie jego osoba skłoniła mnie do wybrania się na ten film i nie zawiodłam się ani na tym aspekcie, ani na żadnym innym. Adam Driver zagrał niezwykle swobodnie i naturalnie. Mimo że jego rola jest bardzo statyczna, udało mu się skupiać na sobie wzrok i zainteresowanie, nie powodując znużenia. Również śliczna Golshifteh Farahani zagrała bez problemu uroczą, niezdecydowaną i odrobinę zwariowaną, żyjącą w swoim świecie Laurę. Dwoje aktorów stworzyło zresztą urokliwą parę i choć, jak już wspominałam, reżyser powstrzymał się od ukazania wybuchów namiętności czy płomiennych deklaracji, czuć między nimi chemię – ale ten jej rodzaj, jaki zarezerwowany jest tylko dla szczęśliwców, którzy są pewni swojego związku, jednocześnie doceniając go codziennie i ciesząc się sobą również w chwilach rutyny – a zwłaszcza wtedy.

Paterson to obraz, który z pewnością wielu widzów wynudzi, ale trzeba po prostu lubić tego typu spokojne i wyciszone filmy, by czerpać z niego radość. Ja takie produkcje lubię i najnowsze dzieło Jarmuscha zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Wszystko w nim jest harmonijne i spójne – aktorzy świetnie dobrani, kwestie techniczne nie stoją w kontraście z tym, co dzieje się na planie i w głowie bohatera. Ten nietuzinkowy dramat z elementami komediowymi (wprowadzanymi głównie za sprawą psa, dla którego również wielki szacunek za rolę życia) nie jest filmem, który ogląda się z zacięciem na twarzy lub konsternacją. Jego się raczej smakuje i chłonie, docenia poszczególne elementy i prozę życia. Prozę, dzięki której powstaje poezja. Jarmusch zrobił dokładnie to samo, co Williams i Paterson w swoich wierszach – opowiada o zwyczajności, tworząc z tego coś niezwykłego. Bo nawet mówiąc zjadłem te śliwki, można wyrazić masę uczuć i wątpliwości. Jeśli więc o mnie chodzi – czuję się zauroczona filmem.

Fot.: Gutek Film

Podobne wpisy:

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Komentarze: 1

  1. Avatar
    Igorski 12 stycznia, 2017 at 10:04 Odpowiedz

    “Jarmusch zrobił dokładnie to samo, co Williams i Paterson w swoich wierszach – opowiada o zwyczajności, tworząc z tego coś niezwykłego.” – potwierdzam! Jim Jarmusch w szczytowej formie!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *