Podrzeć łacha – Michael Lehmann – „Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie” [recenzja]

Znajomość gatunkowa oglądanego, a tym bardziej ocenianego później filmu lub serialu jest bardzo ważna. Podobnie jak zamysł twórców, a także wszelkie nawiązania do innych dzieł kultury. Muszę przyznać, że siadając do pierwszego odcinka serialu Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie, nie zdawałam sobie sprawy, że mam do czynienia z parodią, pastiszem, a twórcy postanowili pobawić się konwencją, pożonglować gatunkami i czerpaniem z innych znanych tytułów. Nic więc dziwnego, że seans pierwszego epizodu upłynął mi w atmosferze niedowierzania, jak złe dzieło oglądam, a także złości na dosłowność wielu rzeczy, przesadę i powielanie schematów. Czy jednak kiedy dotarło do mnie, z czym mam do czynienia, serial poszybował w górę w moim prywatnym rankingu? Niekoniecznie. A w zasadzie: Sama nie wiem. Dlaczego? Czy serial z Kristen Bell w roli głównej cierpi wyłącznie na niezrozumienie konwencji wśród swoich odbiorców, czy dolega mu coś jeszcze? Zastanówmy się…

Anna topi smutki w alkoholu, a będąc bardziej szczegółową – w winie. Topi w sposób niemal dosłowny, bo wielkość jej kieliszka, który wypełnia po brzegi, przywodzi na myśl nie elegancką degustację trunku, a ordynarne chlupotanie płynu, którego smak traci na jakimkolwiek znaczeniu na rzecz odurzenia i pewnego rodzaju ukojenia, jakie niesie. Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie, czyli nasza główna bohaterka, nie sięga jednak po kieliszek (kielich w tym wypadku) bez powodu, a smutki, które topi, są co najmniej druzgocące. Anna trzy lata temu straciła córkę w okolicznościach, które raz na zawsze uświadamiają widzowi, że twórcy nie podeszli do swojej produkcji na serio. Ale wróćmy do meritum. Śmierć dziecka, poczucie winy i obwinianie siebie nawzajem sprawiło, że małżeństwo Anny i Douglasa również w pewien sposób umarło. Nie przetrwało próby, którą okazała się żałoba po jedynym dziecku. Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie (do dziewczyny jeszcze dojdziemy) – niegdyś utalentowana i doceniania malarka, teraz spędza dnie, wrzucając do wielkiej szklanej misy kolejne korki od kolejnych butelek wina, przesiaduje w fotelu z książką, której chyba nigdy nie skończy i obserwuje dom po drugiej stronie ulicy, do którego właśnie wprowadził się samotny ojciec z córeczką Emmą – dziewczyna jest dokładnie w tym wieku, w którym byłaby teraz Elizabeth, ukochane dziecko Anny.

Wbrew samej sobie kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie robi sobie nadzieję na jakiś płomienny romans z przystojnym Nielem, ale wtedy pojawia się drugi człon tytułu serialu, a więc owa dziewczyna w oknie. Piękna, zadbana, urocza. Anna zatem musi odejść z kwitkiem. Jednak Lisa szybko przestaje być żywą przeszkodą, ponieważ… Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie staje się mimowolnym świadkiem zamordowania owej dziewczyny. Anna dzwoni oczywiście na policję, bełkocze adres, po czym sama rusza z odsieczą. Jest jednak jeden problem. Na dworze pada. A kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie (która właśnie została zamordowana) cierpi na omrofobię (bo kiedy jej córka jechała na pewną śmierć, padał deszcz). Pełznie więc po ulicy w iście filmowych strugach deszczu, po czym traci przytomność. Kiedy się budzi, jest już we własnym mieszkaniu, a policja przybyła na miejsce twierdzi, że nikt nie został zamordowany i z politowaniem patrzy na puste butelki po winie. Annie nikt nie wierzy, Anna sama sobie przestaje wierzyć, co ma sporo sensu, bo oprócz hektolitrów czerwonego trunku kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie przyjmuje również niekontrolowane ilości środków uspokajających przepisanych przez Terapeutę, którego ma w telefonie zapisanego jako TERAPEUTA. Wszyscy przecież tak robimy. Postanawia jednak dociec prawdy i zaczyna prowadzić własne śledztwo, w czym pomaga jej fakt, że jej były mąż pracuje dla FBI. Rozpoczyna się karuzela domysłów, domniemań, głupich i głupszych wybryków Anny, i okrzyków: BINGO!, kiedy tylko kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie wpadnie na jakiś obiecujący trop.

Jeśli wiemy lub, tak jak ja, po chwili (lepiej późno niż wcale!) zorientujemy się, że serial jest parodią, czarną komedią, prztyczkiem w nos dla innych tego typu dzieł, łatwo domyślić się, że celuje w takie produkcje jak Dziewczyna z pociągu czy Kobieta w oknie (swoją drogą produkcję samego Netflixa, więc brawa za dystans do samego siebie). Wedle internetowych źródeł serial ma w sobie całe mnóstwo odniesień, easter eggów i nawiązań do innych dzieł popkultury, ale zakładam, że sama nie znalazłam nawet jednej trzeciej (jestem jednak w stanie zaryzykować stwierdzenie, że sekwencja scen seksu była nawiązaniem do 365 dni, a jeśli nie, to po prostu wyśmianiem tego typu filmów, w których kochankowie uprawiają seks po kolei w każdym miejscu i pozycji; w uroczych domkach na przedmieściach i wścibskich sąsiadach widziałam natomiast odbicie słynnej Wisteria Lane z Gotowych na Wszystko). Czy to przeszkodziło mi w dobrej zabawie? Nie. Przeszkodziło mi natomiast coś innego. Mój największy zarzut w stronę Kobiety z domu naprzeciwko dziewczyny  w oknie jest taki, że jest zbyt absurdalny i dosłowny, a momentami śmieszny, by był dramatem bądź thrillerem, ale jednocześnie zbyt słaby i mało śmieszny (są momenty), by być parodią. Choć muszę przyznać, że po czasie niektóre zagrania twórców wzbudzają we mnie śmiech, gdy o tym opowiadam, ale nadal jest tego zbyt mało. Mój śmiech jest zbyt słaby, by rozbolał mnie brzuch, tak jak Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie jest zbyt słaba, by uznać ją za całkowicie udaną parodię. 

Przez sporą część seansu po prostu się nudziłam i całe szczęście, że odcinki trwają jedynie po 20 minut, bo plus jest taki, że mijały szybko. W tej produkcji jest za mało parodii, w związku z czym momentami zapominałam, że oglądam serial właśnie tym będący, co sprawiało z kolei, że, chcąc nie chcąc, oceniałam go w kategorii poważnego serialu, a nie udawanej powagi, co jest dla niego krzywdzące, ale przychodziło mi mimowolnie.  Potem przychodziła scena (jak na przykład ta z obrazem podpisanym IDEALNA RODZINA), która była jak uderzenie obuchem w łeb, otrząsałam się i przypominałam sobie, że to pastisz. Później znowu się nudziłam, a moja czujność była usypiana aż do kolejnej przesadzonej słusznie sceny (jak na przykład malowanie w szpitalu). Fakt, że im dalej w las, tym gatunek serialu coraz mocniej wyłazi na wierzch, ale to nadal za mało. 

Co do aktorstwa… Niełatwo mi ocenić ten element, bo już sama parodia jest trudna w ocenie, a co dopiero aktorstwo w takim dziele. Na ile aktorzy grają kiepsko, a na ile tylko grają, że grają kiepsko, żeby film wydawał się jeszcze gorszy? Nigdy nie wiadomo, prawda? Przesadne krzyki, wyolbrzymiona gestykulacja, mimika niepozostawiająca złudzeń co do intencji i emocji bohatera… To wszystko jest poniekąd wpisane w ten gatunek. Niektórzy aktorzy, tacy jak na przykład Tom Riley w roli sąsiada zamieszkującego w domu, w którym zostaje zamordowana dziewczyna, którą widzi kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie czy właśnie Shelley Hennig w roli dziewczyny w oknie naprzeciwko kobiety z domu, swoje postaci zbudowali w sposób dosłowny i nieco przerysowany, bez jakiejkolwiek finezji i subtelności, co zapewne było również w woli samych twórców. Kristen Bell jednak zdaje się, że otrzymała inne zadanie, bo jej rola nie jest tak przerysowana, wręcz przeciwnie. Widać tu komediowy sznyt, ale nie w grze samej Bell, a raczej w tym, że to, iż gra niczym w oderwaniu od gatunku produkcji, sprawia wrażenie, jakby była jedyną niewtajemniczoną, co z kolei podbija nieco humorystyczny wydźwięk całego serialu i podkreśla dezorientację jej bohaterki. Michael Ealy, który wcielił się w rolę Douglasa, a więc byłego męża kobiety z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie, został dobrany i wystylizowany tak, aby jak najbardziej przypominać Chidiego z Dobrego miejsca, u którego boku postać Bell pojawiała się tam najczęściej. Ale być może to już tylko moje wymysły.

Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie to dziwny i nierówny serial. Dziwny, bo sam gatunek to wymusza, nierówny natomiast, bo twórcy chyba nie do końca wiedzieli, jak mocno chcą i mogą pozwolić sobie na pójście w absurd i parodię. Może być również tak, że nie zdając sobie na samym początku sprawy z tego, co będę oglądać (choć sam tytuł już powinien dać mi do myślenia – mój błąd), z góry przekreśliłam swoje szanse na odpowiedni odbiór jednej z nowszych produkcji Netflixa? A być może trzeba być po prostu oddanym fanem takich parodii? Mam również taki problem z tym serialem, że im więcej czasu mija od jego obejrzenia, tym bardziej śmieszy mnie ta konwencja i zastosowane w niej żarty czy mrugnięcia do widza. Dlatego tym trudniej ocenić mi ten tytuł. Nie wiem też, czy zmieniająca się w pewnym momencie ilość wina w kieliszku zmienia się, ponieważ doszło do zwykłego niedopatrzenia, czy jest to również efekt zamierzony ze względu na prześmiewczy ton serialu. Jest jeszcze kwestia (powiedzmy, że to spoiler, więc odsłaniacie tekst na własne życzenie) napisów na nagrobku Elizabeth. Anna odwiedza grób córki trzy razy w ciągu całego serialu i za każdym razem napis na płycie nagrobnej jest inny. Nie jest to różnica jednego słowa, lecz cała sentencja jest zupełnie inna i inne jest jej znaczenie. Dlaczego? Niedopatrzenie i brak logiki odpadają. To nie jest coś, co jest dziełem przypadku. Więc o co chodzi? Na początku byłam pewna, że grób nie jest prawdziwy, że córka nie była prawdziwa. Ale cały sezon nie dawał ostatecznie ku temu żadnych przesłanek – wręcz przeciwnie. Czy może o to chodziło, byśmy się nad tym zastanawiali, tak jak przy rasowych kryminałach i thrillerach, a tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia i powstało tylko po to, byśmy się nad tym głowili? W końcu twórcy parodii nie muszą śmiać się wyłącznie z innych twórców i dzieł. Równie dobrze mogą ponaśmiewać się trochę także z widzów.

Kobieta z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie to nietypowy serial. Na pewno dziwaczny, ale i niebanalny, taki, który nie jest odbitką od poprzednich stu podobnych. Jest karykaturą, ale czy z karykaturą nie jest tak, że najśmieszniejsza jest dla tego, który ją tworzy? Myślę, że twórcy Kobiety z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie świetnie się bawili, wymyślając i kręcąc serial, jednak nie wszystkie żarty potrafili przekonwertować na język serialu. Fakt, że podjęli oni pewne ryzyko, bo parodia to gatunek trudny sam w sobie, a jeszcze trudniejsza może okazać się widownia. Największą bolączką tego serialu okazuje się jednak to, że o ile ja obejrzałam jedynie pierwszy odcinek, nie do końca rozumiejąc koncepcję, o tyle, jak się okazuje, jest wielu ludzi, którzy przeszli tak przez wszystkie epizody i ocenili serial, traktując go śmiertelnie poważnie.

Czy warto obejrzeć Kobietę z domu naprzeciwko dziewczyny w oknie? Myślę, że tak, ale tylko pod warunkiem, że będziemy wiedzieć, na co się godzimy i co będziemy za chwilę oglądać. Drugim warunkiem jest brak antypatii do tego typu karykatur i mieszania gatunków. Jeśli Netflix wypuści drugi sezon serialu (a finał każe wierzyć, że BINGO!), to z pewnością obejrzę – od początku z większą świadomością i mając nadzieję, że tym razem będzie więcej śmiechu, a mniej nudy. Więcej humoru, a mniej żenady. Bo Kobieta z domu… ma potencjał, a wysyp wszelkich produkcji podobnych tematycznie, aż się prosi o to, aby trochę z nich podrzeć łacha.

Fot.: Netflix


Przeczytaj także:

Recenzja książki Dziewczyna z pociągu

Overview

Nasza ocena
6 / 10
6

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.