Nigdy nie ufaj okładce – Koethi Zan – „Siła strachu” [recenzja]

Lubicie mocne, chwytające za gardło historie? Na przykład takie o dziewczynie przetrzymywanej kilka lat w piwnicy przez psychopatycznego sadystę? Jeśli dwa razy kiwnęliście głowami, przytakując, prędzej czy później traficie na Siłę strachu autorstwa Koethi Zan. Już od ładnych kilku miesięcy, dzięki porywającemu opisowi z okładki oraz pozytywnym opiniom innych czytelników, ja sam ostrzyłem sobie ząbki na tę właśnie powieść. Miało być mrocznie i „duszno”. Spodziewałem się czegoś na wzór Dziewczyny z sąsiedztwa, Ketchuma, czegoś, po czym strach będzie zasnąć. Uprzedzę więc fakty – udało mi się kimnąć nawet w trakcie lektury. Przede wszystkim dlatego, że książka pani Zan okazała się być czymś zupełnie innym od tego, na co się nastawiałem. Dobrze to czy źle? Co zawiodło, a co stanowi o sile (bynajmniej nie strachu) tej książki? Czy strach ma tylko wielkie oczy? O tym w poniższym tekście.

Sara i Jennifer to najlepsze przyjaciółki „od zawsze”. Dziewczyny są jak papużki nierozłączki, a ich więź wzmocniona została jeszcze bardziej po śmiertelnym dla rodziców Jennifer wypadku samochodowym, w którym również uczestniczyły. Od tego momentu przyjaciółki są sobie jeszcze bliższe, ponieważ rodzice Sary postanawiają przygarnąć osieroconą Jenny pod swój dach. Zanim jednak to nastąpi, podczas rekonwalescencji na szpitalnym oddziale, dziewczyny wpadają na pomysł stworzenia „Listy nigdy”, na której zapisują, jakich rzeczy należy unikać, by nigdy nie spotkało je nic złego. Nigdy nie wsiadaj do obcego auta, Nigdy nie ufaj nieznajomemu, Nigdy nie panikuj. To tylko niektóre z zapisanych zasad, ponieważ przez lata cała lista rozrasta się objętościowo do kilkunastu zeszytów. Nawyki przyjaciółek nie zmieniają się nawet wtedy, gdy (oczywiście wspólnie) wyjeżdżają na studia. Montują kraty w oknach, wymieniają zamki w pokoju, wszędzie chodzą razem, pilnując się, by nigdy nie wracać do akademika po zmroku. Nie byłoby jednak tej powieści, gdyby w którymś momencie historii dziewczyny nie złamały swych zasad. Łamią pierwszą, wsiadają do obcego auta (myśląc, nie wiedzieć czemu, że to taksówka), a tam czeka już na nie psychopata, który usypia obie, po czym zamyka wraz z dwiema innymi kobietami w piwnicy swojej posiadłości. Jak szybko się wyjaśnia, porywaczem jest nie kto inny jak szanowany na uczelni profesor psychologii, który po godzinach pracy lubi sobie poeksperymentować na ludziach, badając ich reakcje na zadawany ból i upokorzenia. Po trzech latach tortur Sarze udaje się uciec, wzywa pomoc, dzięki czemu ratuje uwiezione wraz z nią Tracy i Christine. Dla Jennifer jest już niestety za późno, demoniczny doktor Derber, zabija ją kilka miesięcy wcześniej.

Przeskakujemy w czasie o ponad dekadę. Na Sarę nikt już nie mówi Sara, teraz to Caroline Morrow. Dorosła „Caroline” mieszka w apartamentowcu na Manhattanie, całkowicie odgrodzona od świata; jedynymi osobami, jakie do siebie dopuszcza, są portier, pani psycholog oraz agent śledczy FBI. Kobieta od lat nie wychodzi poza własne cztery ściany, nie musi, pozwala jej na to nawet praca – Sara pracuje bowiem jako aktuariuszka w jednej z firm ubezpieczeniowych, a z powierzonych obowiązków rozlicza się za pomocą Internetu. I tak by sobie pewnie mijało dalej życie Sary, gdyby nie dwie kwestie. Pierwsza to otrzymywane regularnie listy, których nadawcą jest były oprawca, druga to moment, w którym agent FBI oświadcza kobiecie, że będzie zmuszona ponownie złożyć zeznania w sądzie, który rozpatruje opcję warunkowego zwolnienia doktora Derbera (z braku dowodów zabójstwa oskarżono go tylko o porwanie i torturowanie). Właśnie wtedy kobieta postanawia (wspólnie z uwiezioną z nią przed laty Tracy), dla własnego bezpieczeństwa oraz uczczenia pamięci Jennifer, znaleźć dowody winy sadysty.

Co zawiodło, a co było do przełknięcia w powieści Koethi Zan? Zacznę może od plusów, ponieważ jest ich niestety zdecydowanie mniej. Największą zaletą jest to, że pomimo mnożących się na stronicach Siły strachu bzdur, czyta się niezwykle szybko, autorka potrafi bowiem w wykreowany przez siebie świat wciągnąć. Na upartego, tę liczącą około 350 stron książkę, można by przeczytać w jeden dzień, nawet z dużymi przerwami na jedzenie, układanie puzzli czy bieganie z Endomondo. Dodać można tu jeszcze całkiem nie najgorszy twist pod koniec historii; nie jest on może nie wiadomo jak zwalający z nóg, jednak na tle całej powieści, z pewnością się wyróżnia. No i to by w zasadzie było na tyle w temacie zalet, przejdźmy więc to wad…

Mimo wszystko byłam z siebie dumna. Rok temu, a nawet miesiąc temu musiałabym natychmiast skontaktować się z doktor Simmons, gdybym choć pomyślała o czymś równie przerażającym. Teraz z każdym dniem pobytu poza moim mieszkaniem byłam coraz silniejsza, coraz bardziej zdeterminowana. Fantastyczne uczucie.

Hmm. No właśnie. Tym, co zdecydowanie uderza in minus, jest brak jakiejkolwiek logiki w działaniu i myśleniu głównej bohaterki, a właściwie w jej kreacji. Pani Zan prezentuje nam od początku kobietę, która po traumatycznych przeżyciach z piwnicy odcina się od świata, przez kilka lat nie wychodząc (nawet na chwilę) z własnego apartamentu. Co się natomiast dzieje, kiedy dowiaduje się o konieczności ponownego złożenia zeznań? Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wychodzi ze swojego kokonu, wypożycza auto i objeżdża nim cały Nowy Jork (przypominam: po blisko dekadzie siedzenia w domu, plus trzech latach w piwnicy). Ale co tam samochód, to jeszcze nic w porównaniu z tym, jak dzielnie nasza bohaterka przemierza kilkukrotnie (oczywiście dla dobra sprawy) wzdłuż i wszerz całe Stany Zjednoczone. Samolotem!!! Cała ta przemiana nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Generalnie sam motyw, dla którego się dokonuje (a zarazem główny punkt zapalny) jest wyssany z palca. Pan agent FBI mówi Sarze, że jej oprawca złożył wniosek o warunkowe zwolnienie, jednak wystarczy tylko jej obecność w sądzie i powiedzenie dwóch zdań, a właściwie będzie po wszystkim – Derber nadal zostanie za kratkami. Może jestem w błędzie, ale zahukana, od lat zamknięta w sobie kobieta wybrałaby raczej tę opcję niż uganianie się po całym kraju za zbędnymi zupełnie dowodami. Powtórzę jednak – mogę się mylić.

Tym, co mnie osobiście najbardziej zawiodło, było to, że spodziewałem się zupełnie innej historii. Nie jestem masochistą, nic z tych rzeczy, jednak opis z tylnej części okładki (a i zdjęcie frontowe) kazał mi przypuszczać, że otrzymam tu coś ostrego, coś – jak już wspomniałem – na wzór Dziewczyny z sąsiedztwa, coś, co pozwoli mi poczuć ból uwięzionej, wczuć się w jej sytuację. Nic takiego nie ma tu miejsca. Wspomnienia Sary z lat spędzonych w zamknięciu są urywane, krótkie i nie zrobią raczej większego wrażenia na kimś, kto kilka thrillerów już w życiu przeczytał. Zamiast całego tego szumnie zapowiadanego strachu autorka serwuje nam kryminalną historyjkę, w dodatku nie najwyższych lotów. Dobrze napisany kryminał to zawsze rzecz świetna, tyle tylko, że w dobrze napisanym kryminale zagadkę rozwiązują zazwyczaj detektywi, idąc tropem logicznych wskazówek i dedukcji. Siła strachu daje nam w tym miejscu dwie wyrwane znikąd kobiety, które latają w tę i we w tę jak kogut bez głowy.

Podsumowując, mimo cierpkich słów, nie mam zamiaru lektury definitywnie odradzać (ani tym bardziej specjalnie polecać). Dla miłośników niezobowiązującej rozrywki, nad którą nie trzeba się specjalnie głowić, Siła strachu będzie jak znalazł. Wiele jest tu dziur logicznych i niedopatrzeń, jednak historia sama w sobie wciąga, oferując dodatkowo całkiem zaskakujące zakończenie. Ja osobiście na tym tytule się zawiodłem bo i (zwiedziony opisem) oczekiwania wobec niego miałem inne. Liczyłem na wielkie, mrożące krew w żyłach „wow”, a dostałem, ot, taki sobie kryminalik. Nie zmienia to faktu, że powieść ta znajdzie swoich odbiorców (może nawet fanów?), dla których te kilka godzin spędzonych z dziełem pani Zan nie będzie czasem straconym.

Fot.: Prószyński i S-ka

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.