Książki,Recenzje

Jak (prze)żyć? – Robert J. Szmidt – “Zwycięstwo albo śmierć” [recenzja]

Zwycięstwo albo śmierć
Zwycięstwo albo śmierć

Myślę, że mogę sobie pozwolić na generalizację – wydaje mi się, że każdy miłośnik sztuki rozrywkowej – niezależnie czy mowa o książce, filmie, grze itd. – obawia się nieuniknionego końca ulubionej opowieści. Oczywiście czekamy na wielki finał z wypiekami na twarzy, bo chcemy przecież wiedzieć, jak to wszystko się skończy; wtedy też jednak zakradają się dwa demony: Nostalgia i Niepokój. Ten pierwszy odpowiada za poczucie, że kończy się wspaniała przygoda, do której przyjdzie nam powracać tylko we wspomnieniach (czy też przy drugiej czy kolejnej lekturze – ale wiemy, że to już nie to samo). Drugi z braci N to nieprzyjemne wiercenie w brzuchu szepczące do ucha wątpliwości, czy finał spełni nasze oczekiwania. Kilkutomowe wydawnictwa mają przechlapane, bo przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, a jak nadmuchany przez autora balonik pęknie, pozostawiając po sobie nieprzyjemny smrodek, to każdy wie, czym to się kończy. Opowiadam o tym wszystkim, bo rozpoczynając finałowe Zwycięstwo albo śmierć, miałem demony N na swoich barkach, wiedząc, że to już koniec.

Gęsty wstęp to oczywiście kolejna przykrywka, aby wydłużyć przebywanie z historią o Henryanie Święckim i wojnie totalnej z Obcymi. Uważam, że Pola dawno zapomnianych bitew to jedna z najlepszych rzeczy, jakie spotkała mnie w polskiej fantastyce w ciągu ostatnich kilku lat, więc chyba rozumiecie moją sytuację. Co prawda poprzedni tom troszkę uśpił moją czujność zahamowaniem akcji, ale nie przeszkodziło mi to w mniemaniu, że wieńczący serię tom Zwycięstwo albo śmierć odkuje się z nawiązką. I tak jest, bo to bardzo satysfakcjonująca space opera, w której autor nie bawi się w półśrodki. Nie ma co się zresztą dziwić, bo przecież ludzkość została postawiona pod ścianą, o czym wie każdy czytelnik poprzednich tomów.

Ratunkiem zdaje się być niezastąpiony Henryan Święcki, który ma niesamowity talent do podpadania swoim przełożonym i wymyślania nieszablonowych planów sprawiających, że ludzkość jako taka jeszcze może cieszyć się życiem. Tu jednak wkrada się chytra polityka, która wymusza na nim większą ostrożność. Tym bardziej że Robert J. Szmidt mu nie popuszcza, wprowadzając do jego historii zaskakujący wątek, pozornie w pewnym momencie zbagatelizowany – Święcki staje się więc człowiekiem rozdartym, który mając na barkach los milionów istnień, zmaga się z osobistymi zagwozdkami. Pogłębienie tej postaci oceniam jak najbardziej na plus, tak samo jak zacieśniające się polityczne intrygi. Przyznam się, że wcześniej nie przywiązywałem do politycznego aspektu uniwersum Pól dawno zapomnianych bitew wielkiej wagi, dlatego cieszę się, że tym razem i tu znalazłem przyjemny element lektury.

Cieszy również, że Robert J. Szmidt powraca do wydarzeń, które miały miejsce w poprzednich tomach serii, a zwłaszcza otwierającej cykl powieści Łatwo być Bogiem. Uważam ją za część równie fascynującą, co omawiana tu książka, chociaż nietrudno odnieść wrażenie, że znacznie różni się od następnych tomów – wszak to opowieść o dwóch obcych cywilizacjach, których obserwują „ziemscy” badacze z głębszym przesłaniem niż popkulturowa papka rozrywkowa, a konflikt z Obcymi dopiero wkracza w początkową fazę. Z otwartymi ramionami przyjąłem ponowne otwarcie wątku Suhurów, widząc w tym jednocześnie swego rodzaju klamrę spinającą całą opowieść.

Kogo ja jednak oszukuję – wszak tu i tak najistotniejszy jest finał, bo przecież już kiedyś pewien mędrzec rzekł, że liczy się to, jak się (coś) kończy, a nie zaczyna. Powiem w takim razie, że demon Niepokoju mógł się schować do szafy, bo na szczęście mnie, jako wielbicielowi książek Roberta J. Szmidta, zakończenie przypadło do gustu. Jest mrocznie i bezpardonowo, chociaż autor nie omieszkał również wodzić mnie troszkę za nos, sugerując zupełnie inny kierunek. Oczywiście wybaczam mu to, bo w zamian za to dostałem świetną historię, która nie cuchnie sztampą i rozczarowaniem.

Oceniając Zwycięstwo albo śmierć, trudno nie podsumować całości historii zaserwowanej nam w czterech tomach. Każdy z nich wniósł coś nowego, poszerzając jednocześnie główny wątek wojny totalnej z Obcymi. Każdy z nich trzyma co najmniej dobry poziom literackiej rozrywki, którą po prostu chce się czytać, a co najważniejsze – uniwersum wykreowane przez Roberta J. Szmidta, pomimo swej odległej przyszłości – wydaje się namacalnie prawdziwe i wiarygodne. Space operom często zarzuca się spłycenie świata przedstawionego czy po prostu logiczne nieścisłości bądź naukową ignorancję; nawet Gwiezdne Wojny mają swoich antagonistów. W tym przypadku jednak odnoszę wrażenie, że doświadczenie autora w tym gatunku nie pozwoliło na to, aby do książek wdarły się niewybaczalne idiotyzmy, psujące odbiór fikcyjnej rzeczywistości. To świat, do którego po prostu chce się wracać.

No właśnie, co z tym całym uniwersum, który fani zdążyli już polubić? Wszak wydaje się, że nie każda opowieść doczekała się spuentowania, powiedziałaby radośnie Nostalgia. Owszem, dowiedzieliśmy się o paru ważnych wydarzeniach w świecie powieści, których nie przyszło nam poznać do końca. Autor jednak zostawia przepyszny smaczek na sam koniec książki, który co prawda zwiastuje koniec jednej opowieści, ale wcale nie wyklucza ponownej wizyty w intrygującej fantazji Roberta J. Szmidta. I to jest strzał w dziesiątkę, bo ten świat po prostu zasługuje na kolejne powieści. W takim wypadku pozostaje mi odłożyć Zwycięstwo albo śmierć na specjalne miejsce w mojej biblioteczce i pozostawić wolną półkę na kolejne książki.

Fot.: Dom Wydawniczy REBIS

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.