Książki,Recenzje

Apokalipsa według Tevisa – Walter Tevis – “Przedrzeźniacz” [recenzja]

Jak często zdarza Wam się sięgać po książkę z nastawieniem na niesamowitą lekturę, a po wszystkim okazuje się, że wcale nie było tak pięknie? A ile razy udaje Wam się trafić na utwór, po którym nie spodziewacie się fajerwerków, a po wszystkim czujecie się, jak po nocy Sylwestrowej w którymś z największych miast świata? Właśnie tak miałem z kolejną propozycją wydawnictwa Mag – książką opatrzoną numerem 4. w serii Artefakty. Przedrzeźniacz Waltera Tevisa trafił do mnie w 100%, a opis wydawcy nie przygotował mnie w najmniejszym stopniu na taką petardę.

Stany Zjednoczone, Nowy Jork, nie do końca sprecyzowana przyszłość (czytelnik dostaje w trakcie powieści podpowiedzi, który mniej więcej jest wiek, ale dopiero na ostatnich stronach wspomniano wprost datę kalendarzową), w której czas odmierzany jest w żółciach i błękitach. Ludzkość wygląda diametralnie odmiennie od tego, co znane jest dzisiejszemu czytelnikowi. Człowiek niemal w pełni zautomatyzował swoje życie, opierając praktycznie wszystko na maszynach oraz robotach. Przemysł, usługi, transport, służba bezpieczeństwa oraz medyczna, administracja – wszystkie prace z tym związane wykonują roboty o mniejszym lub większym stopniu zaawansowania. Naukowcy oraz inżynierowie latami budowali potęgę oraz chlubę ludzkości, stopniowo ulepszając maszyny. Szczytowym osiągnięciem zostały roboty marki 9 – jedyne w pełni przypominające człowieka twory, które posiadały mechaniczne mózgi wzorowane w pełni na tym samym narządzie pewnego wybitnego inżyniera. Problem w tym, że ów człowiek miał skłonności depresyjne, a niemal setka „dziewiątek” na przestrzeni lat odnajdowała pretekst, by popełnić samobójstwo. Z tego powodu ostatni android marki 9 został wyposażony w tryb, który nie pozwala mu popełnić samobójstwa. To stanowi dla Spoffortha olbrzymi problem, ponieważ nie widzi on sensu egzystencji w świecie, który od lat popada w coraz większą ruinę. Tevis zresztą dość często odwołuje się do depresyjnych fragmentów wierszy poetów, jednak najbardziej adekwatnym dla całej powieści będzie ten:

I tak właśnie kończy się świat

I tak właśnie kończy się świat

I tak właśnie kończy się świat.

Nie z hukiem ale skomleniem.[1]

Przedstawione w Przedrzeźniaczu zaawansowanie techniczne ludzkości ma też drugą stronę medalu. Dawni wielcy twórcy nie żyją już od setek lat, a nowe pokolenia są wychowywane na bezmyślną, wspomagającą się w każdym możliwym momencie narkotykami nowej generacji, tępą masę, której jedynym celem egzystencji jest hedonizm oraz prześlizgiwanie się przez każdy dzień; czyli owa egzystencja nie polega na… niczym konkretnym, poza zażywaniem niezliczonej ilości soporów, oglądaniem telewizji i podróżami Myślobusami (zaprogramowanymi na pozytywne emocje robotami-samochodami odczytującymi z myśli pasażerów, dokąd jechać), które wyparły samochody. Nikt nie potrafi pracować, czytanie to zapomniana sztuka, a książka to przedmiot, którego funkcja jest człowiekowi nieznana. Z niewiadomych przyczyn nie ma na świecie dzieci i nawet większość maszyn działa źle, bo nie ma nikogo, kto byłby chętny je naprawić. Cywilizacja w wizji Tevisa chyli się ku stopniowemu upadkowi i tylko kwestią czasu jest, aż wszystko trafi szlag. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że w Przedrzeźniaczu człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest na skraju przepaści. Ludzie przyjmują swój los bez zająknięcia, nauczeni, aby o nic nie pytać i bez świadomości zmierzają wprost ku samozagładzie. Jedyną nadzieją jest Paul Bentley – nauczyciel z Ohio, który pewnego dnia kontaktuje się ze Spofforthem i informuje go, że jest człowiekiem, który nauczył się czytać. Zaintrygowany robot zaprasza Bentleya do Nowego Jorku, ponieważ ma pomysł, jak wykorzystać niezwykłą w tych czasach umiejętność.

Nie mam wątpliwości, że główny bohater – Paul Bentley – to literackie alter ego Waltera Tevisa. Podobieństw jest zbyt wiele, by tego nie dostrzec. I tak jak na ogół tego typu zabieg nie do końca mnie przekonuje, tak tutaj, zaskakująco, jest dla mnie jednym z istotniejszych elementów puzzli, które stworzył autor. Bentley z uporem maniaka walczy z samym sobą i całym światem o coś, czego przez długi czas nie jest w stanie nawet precyzyjnie określić. To bohater, który imponuje czytelnikowi i, mimo początkowej niechęci, stopniowo zyskał moją szczerą sympatię.

Przedrzeźniacz wypełniony jest emocjami, które tylko czekają na czytelnika, aby z całą swoją siłą przelać się z kart powieści właśnie na niego. Nie jedna, nie dwie, a kilkanaście odmiennych emocji w różnych momentach tej historii zalewa nasz umysł, każąc wielokrotnie zamykać książkę, aby przeanalizować wybrany fragment, kiedy jednocześnie pragniemy za wszelką cenę poznać dalsze wydarzenia. To prawdziwa magia, ponieważ mimo tego, że w Przedrzeźniaczu zdarzają się rozwiązania niekoniecznie spójne logicznie na pierwszy rzut oka, to po analizie całości wyłania nam się obraz dzieła kompletnego, przemyślanego w każdym calu, w którym każdy, nawet drobny element świata z czegoś wynika lub ma wpływ na pozostałe.

Wydawnictwu Mag udało się w sensie archeologicznym wykopać dla polskiego czytelnika prawdziwy artefakt, literacką perłę zza oceanu sprzed ponad trzydziestu lat. Dla mnie Przedrzeźniacz zyskał również znaczenie artefaktu interpretowanego w szeroko pojętej fantastyce – to trudne w odbiorze dzieło, ale niezwykle cenne w moim księgozbiorze i z pewnością chętnie będę do niego wracał, a jego lektura pobudziła we mnie raczej uśpione dotychczas ciągoty do utworów gatunkowo zbliżonych.

Przedrzeźniacz to w moim mniemaniu powieść, która nawet nieliczne uchybienia nadrabia ładunkiem emocjonalnym i uniwersalnym przekazem, który powinien trafić w każdego, mającego choć odrobinę empatii czytelnika. Tym bardziej, że pojedyncze trybiki, mimo iż na pewnym etapie mogą wydawać się niespójnością, błędem czy brakiem konsekwencji u autora, to po połączeniu wszystkiego w całość wychodzi na to, że nie ma się czego czepiać, bo autor dobrze to przemyślał. Powieść Waltera Tevisa to intrygująca, gęsta, depresyjna dystopia, która wywołuje w czytelniku wiele pytań, na które odpowiedzieć będzie musiał sobie każdy sam. Autor oddaje hołd słowu pisanemu, jednocześnie wierząc w takie ideały jak miłość, rodzina, przyjaźń oraz w siłę i upór człowieka w dążeniu do wyznaczonego celu. Polecam, zwłaszcza na początek przygody z literaturą fantastyczno-naukową.

[1] T.S. Eliot: Wydrążeni ludzie, tłum.: Czesław Miłosz.

Fot.: Wydawnictwo MAG

Podobne wpisy:

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *